7/20/2018

Bez lęku | recenzja





Tytuł: „Bez lęku
Autor: Mia Sheridan
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data premiery: 06.06.2018
Ilość stron: 328

Pamiętam, że po pierwszą książkę od Mii Sheridan sięgnęłam właściwie przypadkiem. Ani jej nie miałam wcześniej w planach, ani nawet gdy już przeczytałam jej opis i postanowiłam przeczytać, nie zakładałam, że to będzie coś wybitnie poruszającego. Celowałam raczej w lekkie, odstresowujące lektury, po które miałabym sięgać w przerwie od fantastyki czy czegoś cięższego. Teraz, kiedy zapoznałam się już z kilkoma powieściami tej autorki wiem, że nie mogłam się bardziej mylić.

Mimo wcześniejszego kontaktu z twórczością Mii Sherdian bałam się zacząć Bez lęku. To dziwne, ale jakbym instynktownie przeczuwała to i owo. 

Głównym bohaterem powieści jest młody, uzdolniony sportowiec, Holden Scott, który w wyniku, delikatnie mówiąc, hulaszczego trybu życia, zbyt bliskiego kontaktu z substancjami psychotropowymi zostaje odstawiony przez przyjaciela do jego domku wypoczynkowego, który znajduje się na kompletnym pustkowiu. To ostatnia szansa dla Holdena by samemu wyjść na prostą, inaczej nie pozostanie mu nic innego jak odwyk. Wbrew głównemu celowi tego wyjazdu Holden przemyca tabletki, od których jest uzależniony, tłumacząc sobie, że będzie od nich odchodził stopniowo. W międzyczasie niedaleko domu, tuż przy lesie dostrzega dziewczynę w białej sukni. Początkowo bierze ją za halucynację, ale z czasem sprawy przyjmują nieoczekiwany powrót.

Przyznaję, że tym, co mnie tak powstrzymywało od sięgnięcia po tę książkę, była przyjaźń głównego bohatera z „duchem”, jego relacja z tajemniczą dziewczyną. Bałam się toru, jakim mogła potoczyć się akcja, ostatecznych faktów. Nawet nie tyle tego, że taki obrót spraw byłby  dla mnie niesatysfakcjonujący, ale że byłby emocjonalnie bolesny. A, już wiem, o to akurat nietrudno u Sheridan. Nie byłam pewna, czy jestem gotowa na kolejną taką „przygodę”.

Jestem cholernie wdzięczna autorce za to, jakie osoby bierze na tapetę przy pisaniu książek. Nie łapie się za nic, zdaje się, że rewolucyjnego, ale tak naprawdę dziś już bardzo oczywistego; ona rzuca na świecznik niby zwyczajnych ludzi, niby nikogo nam obcego, a jednak kogoś w pewien sposób pomijanego przez społeczeństwo. Mia Sheridan zwraca uwagę na ludzi, którym się ona po prostu należy. Którzy zasługują na nią tak jak każdy inny człowiek. I odkrywa ich piękną i bolesna prawdę, pokazując nieraz, jakimi potrafimy być dupkami i ignorantami.

Bez lęku, o ironio, wywoływało we mnie lęk nieustannie. Przed lekturą, że nie będę w stanie tego emocjonalnie udźwignąć. W trakcie, za każdym razem kiedy czytałam o głównych bohaterach (czy aby na pewno wszystko będzie w porządku), czyli, hmm, przez 100% książki. I po, czy faktycznie będę potrafiła coś z niej wynieść i zmienić w sobie na lepsze. Niesamowite do czego są zdolne książki Mii Sheridan.


Za książkę dziękuję za wydawnictwu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz