1/11/2018

Złe serce | recenzja




Tytuł: „Złe serce”
Autor: Leisa Rayven
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data premiery: 10.01.2018
Ilość stron: 352



Jak ja uwielbiam mieć książkową intuicję! Więc jak pewnie wiecie (jeśli złapały się was recenzje Złego Romea i Złej Julii), moje odczucia co do twórczości Leisy Rayven były dość mieszane. Ale miałam na uwadze warsztat autorki, fakt, że naprawdę pisze nieźle, że potrafi wciągnąć czytelnika. To, że wykreowała największego buca na świecie, króla pacanów, Ethana, i zrobiła z niego głównego bohatera, plus dorzuciła mu naiwną dziewczynę (w sumie, to byli siebie warci), nie znaczyło, że skreślałam ją całkowicie. Dlatego kiedy się dowiedziałam, że jednak jest "trzeci tom", w dodatku nie o Ethanie, a o jego siostrze Elissie, którą zdążyłam polubić, kiedy pojawiała się gdzieś w tle gołąbeczków z poprzednich części, ani chwili się nie wahałam, musiałam to przeczytać.


Nie jest to taka bezpośrednia kontynuacja Złej Julii. Owszem, akcja toczy się po wydarzeniach z poprzedniego tomu, a nie jakoś w międzyczasie, ale ani widu, ani słychu tu o Ethanie czy Cassie. No, raz czy dwa się pojawiają gdzieś w tle, ale generalnie, to śledzimy Elissę, co jest o niebo przyjemniejsze. Dziewczyna pracuje w teatrze jako inspicjentka, zdecydowanie lepiej czuje się na zapleczu niż w świetle reflektorów. Kiedy okazuje się, że w zbliżającej się sztuce, przy której będzie pracować, w głównej roli wystąpi facet, który przed sześcioma laty zniszczył ją kompletnie, odbiera jej mowę. Oczywiście, że by się nawet nie zbliżała do tej sztuki, gdyby wiedziała, że w centrum niej znajdzie się Liam. W dodatku partnerować mu będzie aktorka, dla której ją wcześniej zostawił. A najgorsze jest to, że Elissa nigdy nie przestała czuć do Liama tego, co wtedy, gdy zdawało się, że mimo wszystko im się uda. O tak, to zdecydowanie była najlepsza część trylogii! I wcale nie przez moją antypatię do brata Elissy (no może troszeczkę).

Dobre książki mają to do siebie, że nie mogę się od nich oderwać, nawet gdy mam nawał obowiązków. To był jeden ze znaków, że Złe serce wyszło naprawdę genialnie. Bo nie wystarczy wrzucić utalentowanego przystojniaka, żeby powstała dobra powieść, tutaj znacznie bardziej liczą się emocje. A to, co autorka zafundowała Elissie? Przyznaję, chwilami samą bolało mnie serce, kiedy czytałam, jak bardzo życie dokopało dziewczynie, jak ją poturbowało emocjonalnie. Przez to każde jej spotkanie z Liamem, każdą interackję odczuwało się silniej, intensywniej. Oczywiście nie zawsze pozytywnie, a może nawet głównie negatywnie. 

Tak jak Złego Romea i Złą Julię, Złe serce czytało się błyskawicznie. Jednego wieczoru przeczytałam odrobinę, więc jeszcze nie byłam za bardzo zorientowana w życiu Elissy, ale jak kolejnego poranka sięgnęłam po książkę, tak nie wstałam z łóżka dopóki jej nie odłożyłam. Na przemian wkurzałam się na Liama i chciałam, żeby się pojawił, bo ciągle było mi mało scen z nim, chciałam się w końcu dowiedzieć, co poszło nie tak i dlaczego. Bo oni tak bardzo zasługiwali na szczęście, tak fantastyczny duet tworzyli. Historia Elissy i Liama raz dźga czytelnika w serce, a raz sprawia, że unosi go chmara radosnych motylków. Autorce udało się odpowiednio wyważyć proporcje pomiędzy tymi dołującymi, ciężkimi chwilami i tymi dającymi nadzieję. I oczywiście było jeszcze "to coś", co sprawia, że nie sposób nie wkręcić się w powieść.

Jeśli poprzednie tomy działały wam na nerwy tak samo jak mnie, to będziecie zachwyceni Złym sercem. A jeśli je polubiliście, cóż, tym bardziej pokochacie i ten tom. Bo jest pełen bólu, ale i nadziei. Bardzo nikłej, ledwie widocznej, ale i ona jest. Co razem tworzy tak porywającą całość.

Za książkę dziękuję za wydawnictwu :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz