11/12/2017

Pocałunek zdrajcy | recenzja




Tytuł: „Pocałunek zdrajcy”
Autor:  Erin Beaty
Wydawca: Wydawnictwo Jaguar
Data premiery: 25.10.2017
Ilość stron: 472



Wowowowowowowowowowowowowowowowowow. Wowowowow. Wow. Co to było? Halo, ludzie, ja nie mam pojęcia, co mam teraz robić, potrzebuję rozdwojenia się na kilka(naście, -dziesiąt?). Bo tu chcę pisać recenzję. Ale nie, z drugiej strony chcę przetelepywać internety w poszukiwaniu każdej najdrobniejszej informacji o kolejnym tomie, każdego najmniejszego fanarta. O dręczeniu wydawnictwa pytaniami, kiedy możemy się spodziewać kolejnego tomu u nas to już w ogóle nie chcę mówić. Ale do rzeczy... czekajcie, to tak się w ogóle da? Na pewno nie w przypadku tej powieści. Mam teraz ochotę wyjść z mieszkania i biegać po całym Krakowie, i nie tylko, z książką w dłoniach, krzycząc i szalejąc niczym Kevin, który dowiedział się, że jest sam w domu. Jakie to było dobre, jakie FENOMENALNE. Na okładce (czego nie widać na dołączonej grafice, bo to pewnie jeszcze wersja próbna) mamy porównanie książki do Rywalek, że jest to znakomita lektura dla fanów Kiery Cass. Bullshit. To jest o niebo lepsze. To przebija moje ubóstwiane ponad wszystko Diabolikę - Kincaid i Pojedynek - Rutkoski. Przebija też bez większych problemów Fałszywy pocałunek - Mary E. Pearson. Tam był jeden konkretny mindfuck. A w przypadku Pocałunku zdrajcy co chwilę były jakieś zaskoki, że ojeju. Jak ja wytrzymam do kontynuacji?!

Tak jak w przypadku każdej książki, która robi mi wodę z mózgu, przepala mi wszystkie łącze nerwowe, nie jestem w stanie napisać składnej i logicznej recenzji. Bo co tu się nie działo. Jestem teraz kupką emocji, jakbym wyszła na zewnątrz i dała się wyczerpać stu orkanom, to byłabym w lepszym stanie, niż jestem teraz po przeczytaniu powieści Erin Beaty. I dlaczego u nas jeszcze nie ma szumu wokół tej książki?! Ona powinna już być wszędzie, nie wspominając o zaszczytnej półce czy ołtarzyku u każdego prawilnego książkoholika! Tak, wiem, pewnie myślicie sobie o niej, tak jak ja jeszcze dwa dni temu. Że to może być kolejna powieść w księżniczkowych klimatach, że może się okazać całkiem niezłym zabijaczem czasu, ale fajerwerków to nie będzie. No i nie było. Bo były cholerne bomby. Zarówno moje serce, jak i mózg (bo ta powieść targa też w inteligencję), są jak po gwałtownym przejściu czwartego lipca w USA.  Niby taka niepozorna, a jak dała w kość. Biję pokłony autorce, no genialne to było.

Erin Beaty nie musiała mnie długo do siebie i swojej książki przekonywać. Czułam już po kilku stronach, że przepadłam, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo. Sama nasza główna bohaterka zdobyła moją sympatię z marszu. Osierocona Sage Fowler trafiła pod opiekę wuja. Ale żebyście zrozumieli sprawę szerzej muszę wam coś wytłumaczyć. Otóż podstawą związków w Demorze jest swatanie. Wbrew pozorom swatki przykładają wielką uwagę do swojego zajęcia. A rodzice Sage popełnili mezalians. Matka dziewczyny, wywodząca się z arystokracji, uciekła z ptasznikiem. Rodzina Sage była więc zbyt "dobra" dla pospólstwa, a zdecydowanie poniżej arystokracji. Matka dziewczyny zmarła, kiedy Sage była mała, a ojca zabrała zaraza, kiedy ona miała lat 12. I mimo że wujostwo traktowało ją przez kolejne lata lepiej niż dobrze, to Sage czuła się wyobcowana, wiedziała, że już za późno, by wychować ją na damę. Sage poznajemy w chwili kiedy naucza młodsze kuzynostwo. Następnie zostaje wezwana przez wuja, od którego dowiaduje się, że jako młoda panna po osiągnięciu odpowiedniego wieku, została umówiona na rozmowę do sławnej swatki, Darnessy Rodelle. Rozmowa z pozoru idzie przyzwoicie, Sage odpowiada wyuczone kwestie. Ale kiedy granica zostaje przekroczona dziewczyna wybucha. I, proszę, nie bierzcie jej tu za kapryśną dziewczynę, głupią gąskę. To wspaniała postać, która ma jasno obrane cele, która nie będzie się godzić na traktowanie jej jak bezmyślnej klaczy rozpłodowej, która ma siedzieć cicho i być jak najusłużniejszą dla męża. Jednak skutki rozmowy ze swatką są inne niż Sage podejrzewała - dziewczyna asystować będzie pani Rodelle przy swataniu dziewcząt z arystokracji na Concordium, organizowanym raz na kilka lat, na którym zgarnia się najlepsze partie. Podczas podróży z wybranymi przez swatkę dziewczynami do stolicy wieeeele ulega zmianie. I pojawia się masa przewspaniałych postaci. Sęk w tym, że chodzi o coś więcej niż romantyczne awanse, tutaj zaczyna wkraczać brutalna polityka.

Fenomenalna książka, która z pewnością pojawi się w topce książek przeczytanych przeze mnie w 2017. roku. Choćbym musiała z zestawienia wywalić ACOWAR od Sarah J. Maas, Pocałunek Zdrajcy się w nim pojawi. To niesamowite jak bardzo przemyślana, jak dopracowana jest ta powieść. A to, w gruncie rzeczy, przecież "tylko" młodzieżówka. Cóż, bohaterowie wyszli bohaterce porządniej, wyżej inteligencją niż niejedna postać z książek rzekomo dla starszych czytelników. Uwielbiam każdy detal powieści Erin Beaty. Byłam już gotowa złamać swoje postanowienia i kupić kontynuację w oryginale, a tu się dowiaduję, że za granicą drugi tom wychodzi dopiero w maju. Ale jak to, ja się pytam?! Kto mi zapłaci za psychoterapeutę do tego czasu?

Autorka znalazła doskonały sposób, żeby mnie kupić w 100%, a nawet w 110%. Treściowo tutaj wszystko śmiga. Akcja pędzi non stop, czytelnik nie ma kiedy zebrać szczeny z podłogi, nie mówiąc w ogóle o jakiekolwiek sekundzie nudy. To istna petarda. Wiecie, że ja uwielbiam takie swoiste światy przedstawione w młodzieżówkach, trochę fantastyki (chociaż tu jeszcze żadne magiczne moce nie wchodzą w grę, bardziej chodzi mi o rzeczywistość), jakieś królestwa, walki polityczne, intrygi, a przede wszystkim, diabelnie inteligentni bohaterowie. Że jest o czym czytać, jest o czym spekulować (chociaż od razu wam powiem, że na nic starania, tu się nie da przewidzieć pewnych spraw). Sage, która nie jest kolejną ciepłą kluchą, a swoimi detektywistycznymi umiejętnościami przewyższa niejednego wojskowego, Darnessa, która jest kolejną badass, tym razem w wersji ze trzy razy starszej od Sage, Ash, rozpierniczający wszystko jak leci. Nawet te czarne charaktery potrafią myśleć (wiem, jak to brzmi, ale serio, ile razy czytaliście o niby wielkich złoczyńcach, a przy pierwszej lepszej okazji dali się przechytrzyć nastolatce?). Intryga goni intrygę, tu knucie, tam spiskowanie, chłodna analiza i dramatyczne wyjścia... moje uszanowanie. Nie mam pojęcia, co autorka wykombinuje w kolejnych tomach, ale już jestem przerażona, a jednocześnie niesamowicie podekscytowana.

Nie można pominąć też porządnej roboty, jaką wykonało polskie wydawnictwo. Nie dość, że tłumaczenie to istne perfecto, to jeszcze ta oprawa graficzna... Nasza, własna, nie zagraniczna (choć i tamta była niczego sobie), klimat zachowany (w tym ta creepy postać za dziewczyną na okładce, tak, to też w klimat siadło) i sama faktura, gramatura, etc. Ostatnio nawiązałam ciekawą rozmowę, jak to niektóre wydawnictwa raz mają się lepiej, raz gorzej. Ale zgodnie się stwierdziło, że kto jak kto, ale Jaguar od lat wydaje na poziomie. Jest ta moja ukochana "elastyczność" książki, są skrzydełka i matowa, fragmentami błyszcząca okładka. I boski zapach papieru. Tak, polskie wydawnictwo zdecydowanie się spisało!

Nie wiem, co mogłabym o tej powieści napisać tak na chłodno, a'la professional review. Ja czuję się jak zadźgana wykałaczkami, to jak mam niby teraz normalnie funkcjonować, nie mówiąc o recenzowaniu? Choćbym nie wiem jak bardzo próbowała wam opisać tę zadziorność powieści, to nigdy nie uda mi się w pełni ująć tej radostki, jaką bezapelacyjnie jest Pocałunek zdrajcy. Ta książka mnie skopała, totalnie, a ostatnie strony to już w ogóle mnie zmiażdżyły. Ale jednocześnie dała mi takiego kopa, tak wielki uśmiech wcisnęła mi na usta, że nie zdziwiłabym się, gdyby utrzymał się do dnia premiery kontynuacji. Także, hej, raz raz proszę biec do księgarni i zaopatrzyć się w to cudo, a później czytać i umierać razem ze mną. Pocałunek zdrajcy absolutnie zasługuje u mnie na 5/5 grumpy cats. 





za książkę dziękuję serdecznie Wydawnictwu Jaguar


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz