11/18/2017

Dziewczyna mojego brata | recenzja





Tytuł: „Dziewczyna mojego brata
Autor:  K.A. Linde
Wydawca: Wydawnictwo Burda Książki
Data premiery: 27.09.2017
Ilość stron: 342 




To okazało się niezwykle trudne, ale udało mi się jakoś powstrzymać od sięgnięcia po kontynuację, by najpierw napisać recenzję pierwszego tomu. Chociaż podejrzewam, że wrażenia z kontynuacji będą podobne, bo, halo, pewne rzeczy książkoholik wyczuwa na kilometr. Jak na przykład to, że co by autorka nie napisała nowego i tak się po to sięgnie. Tak, wszystko wskazuje na to, że K.A. Linde dołączyła u mnie do grona takichże autorów! Dlaczego? Postaram się to jak najsprawniej wyjaśnić. Ale ostrzegam, że myślami już odbiegam do kolejnej powieści autorki, a i ze względu na sympatię, jaką do niej poczułam po przeczytaniu Dziewczyny mojego brata mogę już trącić poważnym subiektywizmem. 

Po tym, jak Emery nakrywa swojego promotora, bedącego jednocześnie od trzech lat jej chłopakiem, z inną studentką, rzuca doktorat i wraca do rodzinnego miasteczka. Tam przeszłość zdaje się ją dopadać zdecydowanie za szybko. Za namową przyjaciółki, Heidi, wybiera się z nią na wesele Sutton Wright, najmłodszej z klanu Wright, jako osoba towarzysząca. Em mogłaby z marszu podać sto powodów, dla których nie powinna tego robić, jak choćby fakt, że dziewięć lat temu została rzucona przez brata Sutton, Landona, z którym, bądź co bądź, sporo ją łączyło. A jednak ostatecznie Emery i Heidi wyszykowane na sto dwa siedzą na sali, będąc świadkami ślubu. I zdawać by się mogło, że bez problemów dotrwają do części z alkoholem, a tu nagle Wright zaczyna niemal pożerać Em wzrokiem. I nie, nie Landon, a jego starszy brat Jensen, obecnie prezes rodzinnej firmy, wartej miliony. To, co początkowo wydaje się interesującą jednorazową przygodą, ewoluuje w coś znacznie głębszego, bardziej złożonego.

Ale to było świetne. I to jest kolejny powód, dla którego ja tak uwielbiam książkosferę. Tak. Bo nie ma nigdzie dwóch osób o takich samych gustach, tak w 100%, ale za to jest masa ludzi, z którymi możemy dzielić zainteresowania, wymagania dotyczące konkretnych gatunków czy autorów. I tak przykładowo u Wybrednej Marudy pokładam zaufanie, jeśli chodzi o jakieś intrygujące, a'la sherlockowe zabiegi, wiecie, książki, gdzie autor wykazuje się kreatywnością, gdzie potrafi zaskakiwać. Natomiast jeśli chodzi o romanse czy new adult, to bardzo często Kulturalna Szafa przedstawia pozycje, zdaje się, absolutnie wpasowujące się w moje klimaty. Nie chodzi tylko o gatunek, ale o typ powieści. Nie sztuczne dramatyzowanie, sięganie po najtańszej chwyty czy robienie z książki z potencjałem mamałygę, a coś wzruszającego, ale i zabawnego. Po prostu "mój typ" obyczajówek.

I bardzo się cieszyłam tą powieścią już od samego początku. Emery dostaje po czterech literach od życia, a właściwie od złamasa, który ośmielał się nazywać jej facetem przez tyle czasu, ale nie zamienia się w beczącą i rozmemłaną kluchę, a bierze się w garść i wraca do domu, do rodziny, przyjaciółki. Niby w planach ma tylko odetchnięcie i przeanalizowanie swojej obecnej sytuacji, ale kiedy tylko coś zaczyna iskrzyć między nią a Jensem, mury wnoszone latami przed Wrightami drżą w posadach. Tak jak ostatnio narzekałam na brak fantastycznie rozwijającej się relacji, tak tutaj mamy wprost masę okazji, masę emocji. Właśnie tego oczekuję od takich książek niby obyczajówek/romansów. Żeby coś się działo, żeby bohaterowie nie byli tępymi bucami, obrażającymi się na siebie co 5 minut o jakieś durnoty. K.A. Linde przedstawiła nam masę postaci, zarówno jeśli chodzi o męskie, jak i żeńskie, których historie może opisać w kolejnych powieściach, mam nadzieję, równie umiejętnie, co tę. Sporo materiału na fantastyczne, odprężające książki, takie na raz czy do podczytywania w wolnych chwilach. Gdzie nie tylko bywa ciężko, ale i zabawnie. Zabawnie zabawnie, a nie tak zabawnie, że sucho; nie wiadomo, czy udawać śmiech czy nie robić nic. 

Można się niesamowicie bawić pod względem humoru, usposobienia bohaterów, rozwalających serce zdarzeń. Może nie jest to specjalnie odkrywcza powieść, może dość przewidywalna, ale nie zmienia to faktu, że bardzo przyjemna. I nie ma irytujących postaci, przynajmniej nie jeśli chodzi o te pierwszoplanowe. Bardzo ciepło przyjęłam pierwsze spotkanie z K.A. Linde, wczoraj w południe odebrałam paczkę z dwoma tomami od listonosza, nie mogłam się powstrzymać, więc już po południu zaczęłam czytać pierwszą część, dziś rano skończyłam, a teraz właśnie zmuszam się do pisania recenzji, bo już chcę pędzić do kolejnego tomu. Śmiałam się, że skoro nie wiadomo kiedy kolejna powieść K.A. Tucker, to muszę się pocieszyć K.A. Linde, i faktycznie się to udało. Naprawdę polecam! 3,5/5 grumpy cats ode mnie!




Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Burda Książki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz