8/10/2017

Rzymskie odcienie miłości | recenzja





Tytuł: „Rzymskie odcienie miłości”
Autor:  Magdalena Wala
Wydawca: Czwarta Strona
Data premiery: 05.07.2017
Ilość stron: 378




Powinnam się trzymać stałego planu, napisać recenzję zaraz po przeczytaniu powieści. Ale byłam akurat w takim transie czytelnicznym, że jak tylko jedną książkę odłożyłam zabierałam się za kolejną. Zanim się zabrałam za zrecenzowanie najnowszej powieści Magdaleny Wali przeczytałam już inne powieści. Bałam się, że w takim przypadku trudniej będzie mi sklecić te kilka akapitów swojej opinii, że o czymś zapomnę, jak czasami bywa, kiedy już mentalnie nie jestem przywiązana do danej powieści, a do kolejnych. A tu się zdziwiłam, bo choć Rzymskie odcienie miłości nie są czymś unikatowym, to fabuła nie uleciała mi z głowy w momencie odłożenia książki na półkę, ba, nadal wszystko pamiętam, nadal czuję konkretne emocje, które pojawiały się przy czytaniu danych scen. Mamy już pierwszy plus powieści - nie daje się wyrzucić z głowy tak łatwo - pora na kolejne (i trochę narzekania).

Piętnastoletnia Felicyta, przez bliskich nazywana Felicją, jako dziecko została przygarnięta przez pewnego wysoce postawionego Rzymianina. Traktował ją jak własną córkę, dbał o nią i troszczył się o jej przyszłe życie. Niestety umarł zanim zobaczył ją wydaną za mąż. Jednak pozostał po nim testament, wedle którego dziewczyna musiała wyjść za jego bratanka, dzięki czemu odziedziczyłaby majątek. Nieświadoma damsko-męskich relacji Felicja doznaje wstrząsu na dworze wuja, przez co postrzega przyszłego małżonka jako tyrana i despotę i wymyśla coraz to nowsze i śmielsze pomysły, by uniknąć małżeństwa. Które ma zostać przypieczętowane już za tydzień.

Macie skrót fabuły. A przynajmniej coś w stylu opisu. Ale niestety, nie jest to "główny tor" powieści. Bo to, o czym wam opowiedziałam, to, hmm, jakaś jedna trzecia powieści. Później dzieją się inne rzeczy, jednak gdybym zdradziła więcej mogłoby się coś zaspoilerować. Z jednej strony - fajnie, ale z drugiej, kurczę, dostajemy coś, na co nie byliśmy przygotowani, nie wiem jak było z innymi czytelnikami tej powieści, ale ja myślałam, że całość będzie opowiadać o swego rodzaju zmaganiach Felicji z narzeczonym. Są tego i plusy, i minusy, a jakże.

Tak, nasza bohaterka ma piętnaście lat. Bazując na okresie historycznym w jakim osadzona jest akcja, Felicja już od trzech lat była pełnoletnia. Tak, tak, odczułam znajomość, rozeznanie autorki, jeśli chodzi o Starożytny Rzym, o panujące wtedy realia, standardy, ale mimo wszystko dość dziwnie się czułam, czytając o tak młodej dziewczynie i dorosłym facecie w takim kontekście. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o status kobiety w antyku, jej rolę, wszystko zostało zgrabnie w powieści przedstawione, w ogóle ówczesne Imperium, hierarchia w społeczeństwie, czy najdrobniejsze nawet opisy - widać, że autorka wie o czym pisze, że posiada wiedzę na ten temat. To jest coś, co zawsze w książkach uwielbiałam, że nawet w takich pozornie zwyczajnych powieściach mogę się tylu rzeczy dowiedzieć, nie tylko dotyczących suchych faktów, ale sposobu życia w tamtych czasach, takich niuansów. Kolejny z tych mocnych punktów powieści to z pewnością lekkość z jaką się ją czyta i tempo, w jakim się ją pochłania. Jak to było ze mną, jeden dzień, jedno popołudnie? No i ta energia pomiędzy Felicją a Serwiuszem, buzująca już od pierwszych sekund ich spotkania (nie tylko tego twarzą w twarz). Ale tutaj zaczynają się też słabsze punkty historii Magdaleny Wali.

Wydaje mi się, że powieść wypadłaby o wiele wyżej w skali napięcia pomiędzy bohaterami, gdyby faktycznie cała historia była oparta na docieraniu do siebie narzeczonych. A tak, po pewnym czasie, skala zaczęła piszczeć jeśli chodzi o kluchowatość. Zniknęła gdzieś ta istna elektrownia, burze i zawirowania, a wskoczyła czułość, słodkość i trochę taka rutyna, wręcz nijakość. Bohaterowie wciąż dostarczali sobie nawzajem przygód i emocji, ale to już nie było to samo. Plus, jeden z wątków szczególnie mnie zawiódł. Coś, co przydarzyło się w późniejszych rozdziałach głównej bohaterce kilkukrotnie i całe rozwiązanie akcji - było przewidywalne. I, niestety, ale z akcji na akcję, nie tyle mniej realistyczne, czy coraz sztuczniejsze, ale takie na siłę. Jakby brakło pomysłu, więc autorka postanowiła znów zastosować ten chwyt. A poźniej jeszcze raz. To w pewien sposób wymęczyło powieść.

Ale nie mnie oceniać, co by można było zrobić, żeby było lepiej (tak generalnie). Stało się, jak się stało, co autorka zaserwowała, ja poddaję analizie. Mogę powiedzieć, że Rzymskie odcienie miłości cierpią na przypadek skluchowacenia bohaterów, ale jednocześnie całkiem pewnie stoję przy zdaniu, że nie żałuję, iż sięgnęłam po książkę, bo i się ubawiłam, i wzruszyłam, i czytało się błyskawicznie i zarazem przyjemnie. Pewnie mogło być "lepiej", można by całość trochę inaczej ułożyć. Jednak jest to powieść na tyle dobra, ciekawa i właśnie pełna "drobnej" wiedzy, że mam ochotę zapoznać się z innymi powieściami autorki. Jednocześnie jestem zachwycona, że coraz więcej rodzimych autorek pisze coś, po co mam ochotę sięgać, w kwestii literatury rozrywkowej. Powieść Magdaleny Wali otrzymuje ode mnie takie solidne siedem na dziesięć. Na tę chwilę jestem w miarę usatysfakcjonowana, ale już z każdą kolejną książką autorki będę mieć wyższe oczekiwania; ze względu na szerszą znajomość twórczości, ale i fakt, że autorkę stać na wiele, temu nie można zaprzeczyć. Bo jest wiedza (aż znów zapragnęłam przypatrzyć się antykowi, który jest chyba jedną z moich ulubionych epok), jest wyobraźnia i jest umiejętność pisania. A to wróży sukces.

Za powieść serdecznie dziękuję Czwartej Stronie :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz