7/18/2017

Miłość, która przełamała świat | recenzja





Tytuł: „Miłość, która przełamała świat”
Autor:  Emily Henry
Wydawca: YA!/GW Foksal
Data premiery: 14.06.2017
Ilość stron: 400





Proszę się nie dziwić codziennej porcji recenzji książkowych, wpadłam w szał czytelniczy i mam nadzieję, że jeszcze trochę on potrwa. Dziś mam do omówienia pewną nietuzinkową młodzieżówkę, która nie jest taka, jak mogłoby się wszystkim wydawać. No tak, jest o miłości. O przełamywaniu światów też, w porządku, ale jest też masa innych rzeczy, których byście się nie spodziewali. Wyjątkowa, urocza, słodko-gorzka historia. Tak, to właśnie jest Miłość, która przełamała świat.

Natalie wkrótce ma zacząć studia daleko od rodzinnych stron, zostały te ostatnie chwile wolności, ostatnie wakacje przed wyjazdem na uniwersytet. I właściwie tutaj się kończą moje merytorycznie poprawne wywody na temat fabuły książki. Nat jest adoptowana, ale bez obaw, ma bardzo kochaną rodzinkę; sama Natalie ma indiańskie korzenie. Od kilkunastu lat, w zasadzie od kiedy była mała, przychodziła do niej Babcia. Ale nie taka babcia-babcia. Tylko Babcia. Nocami gdy dziewczyna leżała w łóżku przychodziła do niej i snuła indiańskie opowieści. Rodzice Nat wysyłali ją terapie, starali się jej pomóc; podejrzewali, że to sny, halucynacje, coś w ten deseń. W końcu w którymś momencie Babcia przestała przychodzić. Po trzech latach, właśnie kiedy Natalie kończy szkołę średnią, Babcia powraca i ostrzega ją, że ma trzy miesiące, by go uratować. I domyśl się tutaj, jakiego faceta miała na myśli Babcia, której nie widzi nikt inny, która pojawia się, kiedy jej się żywnie podoba. 

Zaintrygowana to mało powiedziane. Ta powieść wprawiła w obroty wszystkie trybiki w mojej głowie, zaczęłam snuć wszystkie możliwe scenariusze, rozmyślałam, o co może tutaj chodzić, jak wszystko się potoczy  i, oczywiście, jaki może być finał historii. Mimo wielu obliczeń, mimo ustalania prawdopodobieństwa i innych, wciąż odkrywałam coś, czego się nie spodziewałam. Tak, z pewnością powieść Emily Henry mogę uznać za zaskakującą. Pozytywnie!

To kolejna książka, która właściwie znalazła się u mnie przypadkiem; wiedziałam, że taki tytuł wkrótce zawita do księgarni, ale jakoś nie czułam potrzeby, by ją przeczytać. Aż w pewnym momencie coś mnie tknęło i postanowiłam, że jednak sięgnę po tę pozycję. I, jak widać, słuszna decyzja, bo książka specyficzna. Nie chcę tutaj rzucać stwierdzeniami, że to niebanalna, oryginalna powieść, bo z czymś podobnym się już zetknęłam. Czytaliście Wszechświaty Leonarda Patrignaniego lub Przeznaczonych Holly Bourne? Więc powieść Emily Henry to coś podobnego, ale jednocześnie różnego; na tyle różnego na ile potrafi młodzieżówka. U Bourne było porażająco i do tej pory mam ciarki, jak sobie przypomnę o książce, ale tam było głównie o dwójce; we Wszechświatach znowuż tematyka wojenna (wciąż młodzieżówka, oczywiście); u Henry natomiast, owszem, było w dużej mierze o Natalie i Beau, chłopaku z podobnymi zdolnościami, ale sporo też było o innych bohaterach, nie było tak dramatycznie jak u Holly Bourne. I żebyście mi później nie wypominali, nie mówię, że dramatycznie nie było (bo było), ale nie aż tak jak w Przeznaczonych.

Jeśli uwielbiacie zagłębianie się w powieści o alternatywnych rzeczywistościach, o różnych wszechświatach współistniejących ze sobą, jeśli uwielbiacie indiańskie opowieści i coś takiego... osobliwego, to jak najbardziej polecam Miłość, która przełamała świat. Może ta powieść nie zostawiła po sobie ogromnej dziury w moim sercu, ale z pewnością wywarła na mnie wrażenie. Nie jest to coś, o czym zapomnę po paru dniach, wręcz przeciwnie, nieraz jeszcze będę o powieści rozmyślać. Jeśli macie zamiar zabrać się za powieść nie stawiajcie jej wysokich oczekiwań, a będziecie przyjemnie zaskoczeni. To taka młodzieżówka w sam raz na lato, petardą nie jest, ale solidnym fajerwerkiem i owszem.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu YA! :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz