7/13/2017

Królewska klatka | recenzja





Tytuł: „Królewska klatka
Autor:  Victoria Aveyard
Wydawca: Moondrive
Data premiery: 24.05.2017
Ilość stron: 560




Ostatnio tak nie zrobiłam i żałowałam, więc od razu się poprawiam. Dosłownie jakieś dwie minuty temu skończyłam czytać trzeci tom Czerwonej Królowej. Co by przekazać wam emocje na świeżo, piszę już teraz. Kiedy jeszcze kipię gniewem. Tak, w skrócie rzecz ujmując, jestem najzwyczajniej w świecie wściekła.Pierwszą część pochłonęłam. Pamiętam, że w wersji elektronicznej i byłam zdziwiona, bo mega się wciągnęłam, nie spodziewałam się czegoś tak dobrego (dopiero po jakimś czasie zaczęłam zwracać uwagę na schematy i mix innych serii). Drugi tom właściwie też dość szybko przeczytałam, podczas zeszłorocznych ferii (pamiętam, bo wtedy również zabrałam ze sobą na wyjazd niezapomniane Imperium Ognia). A Królewską Klatkę z ociąganiem zaczęłam czytać końcem czerwca (jakbym podświadomie czuła, że coś z nią nie tak), a skończyłam właśnie dziś (tj.12-ego lipca, nie wiem jaki jest dzień, gdy ta recenzja zostaje opublikowana). I jestem wściekła, bo w pewnym sensie powtórzyła się sytuacja z lektury poprzedniej części.

Szklany miecz był "niepewny". Niby czytałam, bo czytałam, trochę bo się nudziłam, szału takiego jak wstęp do serii nie było, ale w pewnym momencie, jakoś za połową książki, z tego co pamiętam, nagle zaczęło się wszystko rozkręcać, zaczęłam się angażować emocjonalnie i w ogóle ponownie poczułam ducha serii, tak jak w pierwszej części. Więc w sumie lekturę uznałam za udaną. Dopiero kiedy emocje opadły, kiedy minęło parę tygodni uświadomiłam sobie, że owszem, druga połowa była świetna, wkręciłam się, ale słabego początku nie zmieni najcudowniejszy koniec. A po trzeciej, najnowszej części jestem tym bardziej wściekła, bo znowu powtórzyła się sytuacja. Znowu było średnio, słabiej, nudniej, mniej nudno, nudniej znowu, by po połowie, a nawet jakoś po 2/3 książki zaczęło się robić ciekawiej. Nie byłabym zła, gdyby książka była ot taka sobie, ni zła, ni dobra, właściwie nijaka. Wtedy by jakoś przepłynęła. Ale tutaj autorka najpierw rozwleka wszystko, a później daje nam coś, co jest dowodem, że jednak potrafi pisać wciągająco, potrafi zaskakiwać czytelnika, potrafi sprawić, że zacznie się czuć niepewnie, zacznie się bać o bohaterów, przywiąże się do nich. W tym tomie, w tym rozwlekaniu znalazłam potwierdzenie, że ta seria powinna zostać trylogią. A nagle, jak Aveyard zobaczyła jaki szum wywołał jej debiut, postanowiła napisać o tom więcej. Tylko żeby podejmować takie decyzje powinno się mieć przemyślane o czym będą dodatkowe książki, żeby właśnie nie wychodziło takie nierówne tempo w powieści, raz kicha, nudy, muchy brzęczą i irytują, a raz nie wiadomo na czym się skupić, bo tyle się dzieje.

To jak się już wyżaliłam, to powiem też trochę o innych sprawach. Albo rozpiszę się o podjętych tematach. Faktycznie autorka powiela schematy. Poprzedni tom wyszedł, jak już ktoś zauważył, jak drugi Kosogłos. Całość jak jakaś mieszanka Szklanego Tronu (tak, wiem, że to też nie jest najoryginalniejsze), Igrzysk Śmierci i paru innych. Victoria Aveyard mnie zmęczyła. Nie chcę czytać czwartego tomu, ale jednocześnie chcę wiedzieć, jak autorka zdecydowała się pozamykać wątki, jak się wszystko zakończy, ale to głównie kwestia wewnętrznego spokoju (były czasy, że choćby zaczęta seria nie powalała, kończyłam ją; nerwica natręctw, czy coś, nazwijcie to jak chcecie, w każdym razie już ten etap mam za sobą, tak w 90% jak widać). Obstawiam, że wyjdzie tak, że poproszę kogoś o kilka fragmentów, albo spojlery, ale jako tako całego tomu czytać nie będę.

W tym tomie Mare jest mniej irytująca, przynajmniej tak mi się wydaje. I nie było też takiego skakania od jednego księcia do drugiego, co strasznie działało mi na nerwy, jakby sama autorka nie wiedziała z kim ją ostatecznie spiknąć. Za to Cal po raz kolejny niezawodny. No prawie. Ale ci co czytali, to wiedzą, o co chodzi. Mam złamane serce tą końcówką. Widzicie? Przez tyle czasu się nudzę, zdążyłam w trakcie przeczytać dwie inne książki, a końcówka mnie złamała, tak nie można! Ale znowuż, to taka sytuacja trochę bez wyjścia, taki "dorosły" typ decyzji, problemu, coś, co jest bardzo trudne. Nie wiem, nie wiem, jestem strasznie rozdarta. Brakuje mi postaci drugoplanowych, których bym polubiła, którym bym kibicowała. (Hehe, bo ci co takimi byli już nie żyją, hehe). Ogółem brakuje mi w tej serii ikry. Jakby autorka zachłysnęła się pochlebnymi opiniami, takim wielkim szumem. Może to kwestia presji, pisania na czas, świadomości, że tyle osób śledzi swoje poczynania? Nie znam motywu autorki, ale fakt faktem, że to wciąż pierwszy tom jest moim ulubionym.

To jest właściwie ten typ serii, który chętniej zobaczyłabym na małym ekranie, serial może by się sprawdził nawet lepiej. Łatwiejszy w odbiorze by był (opisy w serii potrafią przytłoczyć, szczególnie osobę, która lubi wiele dialogów). To nie jest specjalnie zrównoważona opinia. Nie skrytykuję, nie pojadę po całości, bo końcówki wychodzą autorce fajnie. I fajnego Cala wykreowała. Ale reszta niestety podupada, i to dość mocno. Co wam powiem? Czy polecam, odradzam? Róbta co chceta. Ja sama wciąż mierzę się z mętlikiem w głowie.

Dziękuję wydawnictwu za książkę :)

Znalezione obrazy dla zapytania moondrive wydawnictwo logo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz