7/07/2017

Bilet do szczęścia | recenzja




Tytuł: „Bilet do szczęścia
Autor:  Beata Majewska
Wydawca: Książnica
Data premiery: 05.07.2017
Ilość stron: 288




Jakby rok temu ktoś mi powiedział, że będę się zachwycać książkami polskich autorów, to bym go wyśmiała. Nie zrozumcie mnie źle, bez obrazy dla naszych rodzimych pisarzy, po prostu byłam i jestem realistką, więc taki obrót spraw uznałabym za absurdalny, bazując na ówczesnych wyborach lektur, czyli w sumie 0% polskiej literatury. A jednak, stało się. W porządku, może to wciąż nie jest ten etap, gdzie byłabym gotowa wystawić ołtarzyk, osobną półkę poświęcić na książki danego autora, ale, hej, w porównaniu do tego, jak zadowolona byłam z wcześniejszych polskich powieści, a raczej jak niezadowolona byłam - piorunująca zmiana, na plus!

Nie tak dawno pisałam recenzję Konkursu na żonę, czyli pierwszego domu dylogii o szczerej, nieco naiwnej, aczkolwiek prostolinijnej Łucji i młodym prawniku nastawionym na zysk. Co Hugo sobie nagrabił, musi wyprostować, a przynajmniej chce, bo właśnie kiedy na wierzch wyszły jego kłamstwa, kiedy stracił zaufanie Łucji dotarło do niego, jak bardzo mu na niej zależy. Tylko czy dziewczyna będzie w stanie dać mu kolejną szansę? Czy Hugo po raz kolejny nie będzie próbował jej wykorzystać?  Zawsze jest to ryzyko, kwestia jak bardzo zranił jej uczucia i na ile jest w stanie to odkręcić.

Pierwszy tom niemal połknęłam. Szczerzyłam się jak głupia, kiedy dostałam informację, że wysłano mi kontynuację. I oczywiście, jak to typowy fan Sherlocka, zaczęłam snuć różne teorie, wysnuwałam najbardziej prawdopodobne możliwości i zastanawiałam się, w jakim kierunku (poza tym oczywistym) może to wszystko zmierzać. Trochę przewidziałam, trochę dałam się zaskoczyć, reasumując, po raz kolejny świetnie się bawiłam.

Właściwie w przypadku tego tomu powinnam trochę ponarzekać. Chociaż w sumie sama siebie musiałam zmuszać, żeby na Lubimy Czytać dać tej pozycji niższą ocenę niż części pierwszej. Już tłumaczę (z góry ostrzegam, że właśnie jak przyszło do pisania recenzji, to 90% tego, o czym miałam tu wspomnieć wyleciało mi z głowy, a przed oczami mam same plusy z lektury - to chyba też o czymś świadczy!). Książkę czyta się bardzo lekko, z nieskrywaną przyjemnością, ale czegoś mi zabrakło. Takiego wypośrodkowania akcji (mam nadzieję, że choć jedna osoba mnie zrozumie). Brakowało mi jednego głównego toru, którym by wszystko biegło, z punktem kulminacyjnym i tak dalej, było bardziej sielankowo, tak czasami słodko, czasami gorzko, a jakieś napięcia były tylko dodatkami. Wszystkie "mocniejsze" momenty, jakieś nieprzyjemności, z których choć jeden można by było wykorzystać jako ten konkretny element fabuły, który podniósłby napięcie, który przestraszyłby czytelników, wzbudził niepokój, były szybko rozpracowywane. Coś, co mogłoby posłużyć jako zaważające na decyzji bohaterów "rozwiązywało się samo". Ale tutaj znów ciężko mi nazywać to jakąś wadą, bo przecież gdyby akcja potoczyła się inaczej mogłoby dojść do jakiegoś przesadnego dramatyzmu. A tak, choć niektórym może to przeszkadzać, wyszło - ponownie - bardzo naturalnie. Bo nie zawsze przykre skutki muszą poprzedzać przeogromne spiski, nie warto non stop szukać dziury w całym, bo czasami jest to kwestia przypadku, ciągu zdarzeń, który z intencjami "sprawcy" ma mało co wspólnego. Czasami po prostu tak wyjdzie, zdarza się. Ale to nie oznacza, że cały świat jest przeciwko nam, życie całej Ziemi nie skupia się na dwóch-trzech osobach. Znowuż, jeśliby i w tej części było więcej silnie naładowanych emocjonalnie wydarzeń, mogłoby wyjść sztucznie. A tak, patrząc na oba tomy, w jednym mamy więcej tego, w drugim tamtego, nie jest to schematyczna kalka.

Po raz kolejny Beata Majewska czaruje piórem. Jest ta lekkość, naturalność i w piórze autorki, i w samym stylu, z jakim przekazuje historię Łucji i Hugona w ręce czytelników. Nic więc dziwnego, że równie lekko powieść się czyta. A raczej powinnam powiedzieć "pochłania", bo gdyby nie wyjątkowo późna pora, jaką listonosz podrzucił mi książkę, to skończyłabym ją "na raz". I takie właśnie książki lubię czytać latem, czy w ogóle dla odprężenia umysłu. Niby nic takiego, a angażuje emocjonalnie.

Nie będę pisać, że bohaterowie się zmienili, bo to wciąż te same postaci, nie oczekujmy tu zwrotu o 180 stopni jak w hollywoodzkich produkcjach (co by było nawet całkiem głupie), powiedziałabym raczej, że zaczynają do siebie docierać, widzą siebie takimi, jakimi są naprawdę, nie żyją własnym wyobrażeniem o drugim człowieku. Ktoś by się czepił, czym tu się tak zachwycać, przecież to nic takiego, to normalne. A właśnie dlatego! Tyle już mamy w literaturze, szokowania, próby dostarczania jak najwięcej - wszystkiego najlepiej, że przestajemy doceniać to, co naturalne, to, co takie ludzkie. Co naprawdę może przydarzyć się każdemu. A nie jakieś teorie z kosmosu, z prawdopodobieństwem wystąpienia prawie zerowym. 

Bilet do szczęścia to bardzo dobra kontynuacja, a zarazem zakończenie dylogii (bo choć coś ma się jeszcze pojawić, to mimo że może być powiązane z bohaterami, bezpośrednio Łucji i Hugona dotyczyć nie będzie). Taka ciepła, wciągająca historia dwójki ludzi, którzy naprawdę nie mieli ze sobą nic wspólnego, a jednak potrafiło ich połączyć to najważniejsze. Z miłą chęcią przeczytam coś jeszcze od tej autorki, mam nadzieję, że kiedyś pojawi się też jakieś new adult, takie  typowe, bardziej nakierowane na romans, niż obyczajówkę. Bilet dostał ode mnie 7/10, ale takie mocne, porządne 7. Pierwszy tom skończył z notą 8/10, a ten o jeden mniej, musiałam być uczciwa i sprawiedliwa, bo choć serce krzyczy, że było równie świetnie, to wewnętrzny wymagający czytelnik mówi, że brakowało jednostajnego kierunku fabuły, akcji. A były takie przeskoki, raz w prawo, raz w lewo. Tak czy inaczej, z czystym sumieniem mogę dylogię polecić! 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz