7/19/2017

Bez uczuć | recenzja przedpremierowa




Tytuł: „Bez uczuć
Autor:  Mia Sheridan
Wydawca: Otwarte
Data premiery: 02.08.2017
Ilość stron: 392



M a s t e r p i e c e .  A myślałam, że nie może być już lepiej po Bez szans. To jest niesamowite, ponieważ z pozoru historia niczym się nie wyróżnia, powstało pewnie tysiąc podobnych, różniących się od tej jedynie drobinkami; niby powieść ani nie pokazuje czegoś szczególnego, ani nie jest specjalnie odkrywcza, dla części odbiorców może się nawet okazać banalna i do bólu przewidywalna. Fakt, nie trzeba być geniuszem, żeby dodać dwa do dwóch. Ale to, co czyni Bez uczuć totalną petardą, to porażająca dawka emocji i umiejętność owinięcia sobie czytelnika wokół paluszka. Czuję się jak plastelina w rękach autorki, nie ważne za co się weźmie, jaką historię postanowi opisać, w jakich realiach ją osadzić, ja będę na zawołanie, na każde najdrobniejsze skinienie.

Życie dla żadnego z nich nie okazało się łaskawe. Choć można by sądzić, że dziewczyna miała sporo szczęścia, prawda okazuje się zupełnie inna. Kilka lat wcześniej, szesnastoletnia wówczas Lydia była absolutnie zadurzona w o rok starszym Broganie, chłopaku, którego ojciec był ogrodnikiem w jej rodzinnej posiadłości, a za którego nastolatek odbębniał sporą część roboty. Oboje skrywali przed sobą uczucia; Lydia bała się, że Brogan uzna ją za rozpieszczoną dziedziczkę fortuny, on natomiast czuł się niewystarczająco dobry dla niej. Aż któregoś dnia wszystko miało się fantastycznie, w końcu miało być tak, jak marzyli. Właśnie, miało. Dochodzi do nieporozumienia zarówno między Lydią a Broganem, jak i nimi a osobami trzecimi. Koniec końców, Brogan z ojcem z depresją i chorą siostrą ląduje na ulicy, bez grosza przy duszy, rozpaczliwie potrzebując pieniędzy i na życie, i na operację siostry. Kolejne lata mijają mu na pielęgnowaniu gniewu, wręcz nienawiści do Lydii, jej brata, całej jej rodziny. Żyje z przekonaniem, że był dla Lydii maskotką. Ona natomiast w międzyczasie kończy studia, próbuje powstrzymać nieodpowiedzialnego brata przed totalnym zrujnowaniem firmy, która została im po ojcu, a co najważniejsze, próbuje utrzymać złamane serce w miarę stabilnym stanie, próbuje żyć z cierpieniem, z bólem, który zaczął się siedem lat temu, i którego nie sposób wymazać. Żadne z nich nie znało prawdy, prawdziwych zamiarów tego drugiego, jak i ostatecznego obrotu sytuacji u siebie nawzajem.

Uwielbiam to. Wiem, że nie jest to powieść perfekcyjna, wiem, że ludzie mogą jej wiele wytknąć, ale dla mnie to coś fenomenalnego właśnie przez to, co to powyczyniało z moim styranym po ostatniej powieści Mii Sheridan serduchem. Zawsze jestem pod ogromnym wrażeniem, kiedy autorka przy takiej zwyczajnej, prostej fabule potrafi tyle wyłożyć emocji, tak wciągnąć czytelnika. Ile już razy spotkałam się z teoretycznie świetnymi powieściami, z niesamowitymi postaciami, wciągającym światem, a brakowało tego, co by wciągnęło mnie uczuciowo, więc lektura wychodziła ostatecznie dość "sucho".

W poprzedniej książce Sheridan bohaterowie znajdowali się w odmiennej sytuacji, tam skrajna bieda utrudniała przeżywanie kolejnego dnia, co w gruncie rzeczy potęgowało cały ból i rozpacz, którymi emanowała powieść. Tutaj mimo że nie ma aż tak rozpaczliwej sytuacji (przynajmniej w teraźniejszości, kiedy Lydia i Brogan są już dorośli), to wciąż czuć wszystko na potęgę, zarówno pozytywne, jak i te negatywne chwile potrafią wycisnąć łzy z oczu. Ten ładunek emocjonalny, jakim posługuje się autorka, to..., po prostu wow, jestem całkowicie bezbronna. Cała przeszłość bohaterów, to, czym poszczególne wydarzenie było w odbiorze dla każdego z nich, to, jak dorastają z ich świadomością, jak to na nich wpływa, jak oddziałuje na nich, kiedy wreszcie ponownie dochodzi do ich spotkania; wszystko jest tak nabuzowane, że ciężko nawet o tym opowiadać. Nie chodzi o wciągnięcie się w powieść (choć i tego nie brakuje), ale właśnie o te emocje, o każdy najdrobniejszy gest powodujący ciary.

Szczerze myślałam, że po Bez winy już autorka mnie nie oczaruje, nie w takim stopniu. A tutaj chyba przekroczyła wyznaczoną przeze mnie granicę ze sporym zapasem. Jedyne, co wam teraz mogę polecić, to zaopatrzyć się w popcorn (bo kibicować będziecie jak ulubionej drużynie), masę chusteczek (z wiadomych względów) i oczywiście egzemplarz książki. A potem tylko zamknąć się w chatce w środku lasu na cztery spusty i nie wychodzić, dopóki się nie skończy czytać (kac książkowy murowany, więc na jego  czas polecam przedłużyć pobyt w chatce i zaopatrzyć się również w jakieś tabletki na uspokojenie nerwów). Tak, to po was zostanie, jak już skończycie książkę, a raczej ona skończy z wami, kłębek nerwów. Szczęśliwy, zasmarkany kłębek nerwów.

Serdecznie dziękuję za zawały wydawnictwu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz