6/27/2017

Tysiąc pocałunków | recenzja





Tytuł: „Tysiąc pocałunków
Autor:  Tillie Cole
Wydawca: Filia
Data premiery: 17.05.2017
Ilość stron: 440





W wielu dziedzinach życia jestem tym dziesiątym przypadkiem. Wiecie, kiedy na 9/10 przypadków coś działa, 9/10 ma szczęście, 9/10 wychodzi cało z każdej sytuacji - ja jestem w mniejszości. Ale jeśli jest coś, co mi wychodzi, to dobieranie sobie lektur (to też nie zawsze, no ale zazwyczaj mam do tego nosa). Jestem chodzącym radarem książkoholicznym, podświadomie wyczuwam, czego mogę się po książce spodziewać i czy to trafi akurat do mnie. I całkiem nieźle radzę sobie z wynajdywaniem powieści, które mnie miażdżą (w sumie nie wiem, czy to taka zaleta).

Czasami powieści promowane są z fałszywymi etykietkami. Bo obiecuje się ogrom wrażeń, a zostaję ze zdegustowaniem i rozczarowaniem. Albo po prostu jestem zawiedziona. Tysiąc pocałunków właściwie nie miało chyba jakiejś większej promocji, ot jak to książki od Filii, słychać było o tej pozycji, ale nie wyskakiwała z lodówki. Było mówione, że książka wzruszająca, dosyć mocna, lepsza nawet od Promyczka, jednak nie było to przekazane wyświechtanymi frazesami, co dało mi pewną nadzieję i sprawiło, że byłam skłonna mimo niepewności zabrać się do lektury.

Rune i Poppy mieli być przyjaciółmi po wsze czasy. On w wieku pięciu lat przeprowadził się przez pracę taty z rodzinnej Norwegii do Stanów. Ona z miejsca ogłosiła ich przyjaciółmi. Byli nierozłączni, nie potrzebowali nikogo prócz siebie. Aż pewnego dnia, po dziesięciu latach, ojciec Rune'a oznajmia, że firma ma problemy i przenosi go z powrotem do Norwegii, nie na zawsze, ale na czas nieokreślony. Chłopak jest wściekły, jednak nic nie może zmienić decyzji o wyjeździe. Obiecują sobie z Poppy częsty kontakt i że kiedy tylko to będzie możliwe Rune wróci do domu, do Poppy. Z niewiadomego powodu dziewczyna odcina się jednak od Rune'a, urywa kontakt, a chłopaka ogarnia rozpacz. Po dwóch latach Rune wraca do Georgii. Nie spodziewa się jednak, że jego serce zostanie złamane po raz kolejny.

Odgadnięcie głównego problemu bohaterów nie było trudne, a wręcz banalne. Myślę, że większość zainteresowanych tą pozycją z miejsca się domyśliła, co tam się będzie działo. I dlatego się wahałam, czy chcę tę książkę przeczytać, czy jednak wystarczy mi takich. Mimo wszystko się skusiłam i choć nie jestem powalona na łopatki (hej, jakoś w końcu piszę tę recenzję), to nie żałuję. 

Plus za przeplataną narrację. I wyrównaną. Myślałam, że głównie będziemy mieć do czynienia z punktem widzenia Rune'a, jednak wyszło mniej więcej po połowie z Poppy. To jakie jeszcze banały mam omówić zanim przejdę do głównego wątku? Zaintrygowało mnie pochodzenie chłopaka, jednak o Norwegii tutaj nie było nic, także wszystkich, których przyciągnęła do książki Skandynawia ostrzegam z marszu, że o niej tu nie poczytacie. Nie uświadczycie też wyjątkowych i oryginalnych bohaterów, powiedziałabym, że są nawet dość powierzchownie nakreśleni, ot główne cechy, sam zarys postaci. Niektórzy mogliby powiedzieć, że trochę schematyczni. Nie obchodzi mnie to. Bo to nie jest książka o super hipnotyzującym facecie, ani o geografii. To książka o uczuciu. I na tym polu Tillie Cole odwaliła kawał dobrej roboty.

Z opinii zaufanych ludzi wiem, że autorka powinna trzymać się z daleka od romansów/mrocznych erotyków (czy coś, nie wnikałam w tematykę jej innych powieści). To się zastanawiałam, czy i tutaj nie wzięła się za coś, co nie najlepiej jej wychodzi. Okazało się, że nawet wyszło. Bo momentalnie wciągnęłam się powieść i niemal całkowicie skupiła na sobie moją uwagę. Niemal, bo tak trochę sprawdzałam m.in. ile do końca rozdziału, kiedy zmieni się narracja, etc. I wszystko było super, do chwili, gdy w połowie, a nawet trochę później odłożyłam książkę i jakoś tak miałam dwudniową przerwę z jej lekturą. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy autorka nie zgarnęła (w pewnym sensie) łatwej przewagi nad czytelnikami. Powieść porusza trudny temat, delikatny i bardzo emocjonalny. I tak sobie myślę, czy aby nie sam obrany temat zapewnił autorce jakieś tam uznanie odbiorców. Ale z drugiej strony całość odebrałam bardzo przystępnie i dobrze stylistycznie, więc tu chyba i "zasługa" poruszanego w powieści tematu, jak i sprawnego pióra Tillie Cole.

W chwilach, kiedy osiągam swoje apogeum wzruszenia i patałacha emocjonalnego zaczynam odsuwać od siebie wszystkie emocje i robi się ze mnie 101% realistki. Więc wybaczcie, jeśli nawet w recenzji będę nieco umniejszać sferę emocjonalną, taki mechanizm obronny, co by się całkiem nie rozlecieć. 

Czy polecam? Tak, jeśli jesteście chętni na słodko-gorzki rollercoaster. Czy mocna i wzruszająca? Ta, nawet ja ryczałam na końcówce. Czy lepsze od Promyczka? Ja tam wielką fanką Kim Holden nie jestem, całkiem spoko pisze, ale bez szału, poza tym takie powieści ciężko porównywać. Chyba ogólnie wyszło podobnie u Tillie Cole, co u Kim Holden, z tym że ta pierwsza skupia się na dwójce bohaterów, reszty jest mało co, i powiedziałabym, że jest słodziej, delikatniej, niż w Promyczku. O ironio, jest tam pozytywniej. Ciężko mi oceniać takie powieści, bo jeśli pomyśleć kompletnie emocjonalnie, to obie książki rozwalają czytelnika. Ale później dochodzi do głosu chłodny przegląd faktów, poszczególnych aspektów i aż czuję wyrzuty, kiedy obniżam przez inne wyznaczniki opinię. Ale cóż, nie sam główny wątek robi powieść, choćby nie wiadomo jak mocny by nie był, trzeba wziąć pod uwagę też resztę. Reasumując, całkiem porządnie, ale dobijająco.

Książkowa nowość od księgarni Taniaksiazka.pl, serdeczne dzięki!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz