6/16/2017

To jedno lato | recenzja





Tytuł: „To jedno lato
Autor:  Dorota Milli
Wydawca: Wydawnictwo Filia
Data premiery: 14.06.2017
Ilość stron: 520




Znacie to uczucie, kiedy niespodziewanie natrafiacie na książkową perełkę, idealne wyważenie tego, czego oczekujecie, idealny strzał w wasz gust? I nie możecie się doczekać kontynuacji, zastanawiacie się, czy są jakieś sposoby na przyspieszenie premiery, czy na zajęcie się czymś, żeby czas szybciej zleciał. Po czym w końcu macie kontynuację w dłoni, ale jakoś nie możecie się za nią zabrać. Czytacie fragment i coś nie gra. Jakaś blokada, coś niezidentyfikowanego, z jednej strony chcecie w końcu się wgłębić w lekturę, zaszyć na godziny, a z drugiej nie możecie, nie macie siły, nie wiem. Właśnie w czymś takim utknęłam. Zamiast zmuszać się do dalszej lektury postanowiłam sobie zrobić przerwę, sięgnąć po coś innego, co być może pomoże mi dalej wskoczyć w trans książkowy. I akurat w chwili, w której tego potrzebowałam, na horyzoncie pojawiła się obiecująca powieść, taka "idealna na lato".

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko jest gdzieś tam osadzone w ciągu przyczynowo-skutkowym. Przynajmniej staram się trzymać takiego stwierdzenia, bo za dużo dziwnie trafnych rzeczy mi się przydarza, żeby nazywać je ciągle "przypadkami" czy "zbiegami okoliczności". 

W chwili potrzeby trafiła do mnie powieść To jedno lato. Pomyślałam sobie, że to świetne rozwiązanie na moją blokadę, lekka powieść, o jakiejś tam letniej przygodzie, w dodatku polskiej autorki - może znajdę kolejną pisarkę, która wstrzeliwuje się i stylem i pomysłami na fabułę w mój gust, kto wie?  Takie niczego sobie obyczajówki, powieści pozbawione smoków i skomplikowanych światów przedstawionych jak dla mnie idealnie się sprawdzają na nudę, na jakieś blokady czytelnicze, bo w nie dosyć łatwo się wkręcić, nie trzeba wysilać wyobraźni. Ja w powieść Doroty Milli wkręciłam się na tyle, że przeczytałam ją na raz, mimo że do najdrobniejszych to ona nie należy.

Lukrecja 'Luka' Lis ma określony plan na życie - dorwać bogatego mężczyznę, żeby nie musiała pracować, a mogła być 'żoną idealną' i spędzać dnie na zakupach. Wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku, już od dwóch lat jest z Aleksem, którego rodzice zbijają kokosy w przemyśle farmaceutycznym,;dziewczyna liczy, że na zbliżającym się przyjęciu u jego rodziców w końcu się jej oświadczy. Co prawda sam Aleks ani nie może pochwalić się wyglądem, ani talentem, ambicjami, a jedynym, co przyciąga do niego Lukę to firma, którą ma odziedziczyć, ale, jak twierdzi dziewczyna, reszta przyjdzie z czasem. Jednak kiedy na przyjęciu przyłapuje Aleksa z kelnerką w jednoznacznej sytuacji dostaje potwierdzenie dochodzących do jej uszu plotek o zdradach partnera, których istnienie starała się ignorować; w jednej sekundzie wszystko się wali. Za namową przyjaciółki z Londynu bierze urlop w pracy i z konsumpcyjnej Warszawy wraca do nadmorskiego Dźwirzyna.

Od samego początku wiemy jaką osobą jest Luka. Wyjechała z małej miejscowości na studia do Warszawy, bo przecież to miejsce ludzi sukcesu. Szczegół, że ledwie ukończyła jedyne studia na jakie się dostała. Nie ważne, że mieszka w malutkiej klitce, że wciąż ciągnie pieniądze od rodziców, których widziała ostatnio cztery lata temu, że pracuje w banku na najmniej potrzebnym stanowisku. Ona jest najważniejsza, inni są niegodni by na nią choćby zerknąć, jeśli coś poszło źle, to oczywiście nie jest to jej wina, na pewno ktoś inny coś zepsuł albo po prostu źle było wykonane od początku. Luka od małego dziecka czuła się lepsza od innych, upokarzała każdego kto nie był nią, gardziła, wyśmiewała, choć sama ani nie była super pięknością, ani dziewczyną utalentowaną, czy bogatą. Była nikim, a zachowywała się jakby była dwustuprocentowym ideałem, któremu wszyscy powinni usługiwać. Słowem, Luka była osobą, z jaką większość ludzi mogłaby się nabawić nerwicy. Tak egoistyczna, tak egocentryczna, że nawet za swoje niepowodzenia nie bierze odpowiedzialności, tylko winę zwala na kobietę, którą nazywała w dzieciństwie Czarownicą, a która lata temu rzuciła na nią "klątwę" za to, że Luka dokuczała jej córce. Dziewczyna jest tak zapatrzona w siebie, że jednym z jej celów wyprawy w rodzinne strony jest odnalezienie 'Czarownicy' i zmuszenie ją od ściągnięcia klątwy. 

Rozpisałam się o fabule więcej niż zazwyczaj, ale to jedna z tych książek, przy których nie da się inaczej. Samo wspomnienie bohaterki powieści wzbudza taką burzę, tak nakręca na pisanie o niej... Luka potrafi porządnie wpienić nawet najbardziej spokojnego człowieka. Tu trzeba pochwalić autorkę, niesamowicie dobitnie wykreowała tę postać. Po samym opisie można wywnioskować, że mamy tu jeden z popularnych motywów - ucieczka z miasta na wieś. Ale nie przypuszczałam, że przyjdzie mi czytać o tak zarozumiałej bohaterce, że głowa mała. To nie jest miła, zagubiona dziewczyna, czy lekko szalona, nierozgarnięta, jak można by przypuszczać. Luka to 100% wyrachowania. Co jest naprawdę przedziwne, kiedy popatrzy się na jej przemiłych rodziców czy rezolutną, parę lat młodszą siostrę. (Chociaż uwielbiam państwo Lisów, tak myślę, że jednak popełnili poważny błąd przy wychowaniu starszej córki, rozpieszczając ją, nie zwracając uwagi na jej zepsucie, bo "tak mocno ją kochali, że nie potrafili jej odmówić"). Luka jest bohaterką nieznośną przez większość powieści, ale bardzo realistyczną. Bo to mało takich ludzi? Myśli tylko o sobie, nie zważa na cierpienie innych, na ich poświęcenie; zero wdzięczności, zero szacunku. Gdzieś w tym wszystkim zastanawiałam się, co spowodowało, że stała się tak okrutną postacią, czy przydarzyło jej się coś złego. Nic nie dawało usprawiedliwienia na jej zachowania, ale starałam się po prostu ją zrozumieć. 

Dziś tak dziwnie o książce, chaotycznie. Ale tak właśnie się czuję po tej powieści, w trakcie pisania recenzji - nie wiem jak to wszystko ogarnąć i z siebie wyrzucić. Luka robi z siebie divę-warszawiankę, kiedy poznaje Huberta, kierowcę busa, od samego początku jest oburzona, że śmie się do niej odzywać w taki, a nie inny sposób. Przypadkiem wpadają na siebie jeszcze kilka razy; jak się wszystko potoczy - można się domyśleć, przynajmniej tak ogólnikowo.

Myślę, że bardziej niż o wakacyjnym romansie przeradzającym się w coś więcej, jest to powieść o przemianie, jaką przeszła główna bohaterka (a przynajmniej właśnie to odczułam najmocniej). Humorystyczne słowne przepychanki Luki i Huberta czytało się z przyjemnością, w ogóle jak całą powieść, jednak kiedy ich znajomość przeszła na "kolejny etap" stali się masą, brakowało mi charakteru, byli po prostu jedną z wielu par. Brakowało wyrazistości. 

To pierwsza powieść Doroty Milli z jaką miałam styczność, z tego, co się orientuję wcześniej wydała jeszcze jedną i myślę, że ją też kiedyś przeczytam. Po pióro autorki jest bardzo lekkie, dialogi niewymuszone, przez całość brnie się płynnie, bez zgrzytów. Oprócz traktowania tej książki, jako powieści idealnej na lato polecam ją, jako zastanowienie się nad własnym postępowaniem. Wszyscy mamy swoje grzeszki, nie jesteśmy krystaliczni, ale sęk tkwi w tym, żebyśmy uczyli się na błędach, żebyśmy mieli w sobie pełno pokory i nie bali się przyznać do błędów. 

Tak, polecam tę książkę na lato, na oderwanie się od rzeczywistości, odprężenie się i przeanalizowanie własnego zachowania. Bardzo fajna lektura, plus wyczuwam naprawdę obiecującą autorkę. Myślę, że stać ją na jeszcze więcej i wkrótce to udowodni, w każdym razie trzymam kciuki. 

W powieści To jedno lato nie znajdziecie tyle o rozkwitającym uczuciu, ile można by sądzić, patrząc na jej objętość, więcej będzie o zmianie zachodzącej w Luce. Co nie znaczy, że powieść nie jest warta uwagi, bo jest wręcz przeciwnie. Przyjemna w odbiorze, wciągająca, do samego końca buchająca emocjami, wyróżniająca się na tle innych bohaterką - istną żyletą. Jeśli czujecie się na siłach, zapraszam do lektury.

Za książkę dziękuję portalowi Papierowy Pies :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz