6/10/2017

Imperium burz | recenzja




Tytuł: „Imperium burz
Autor:  Sarah J. Maas
Wydawca: Wydawnictwo Uroboros/GW Foksal
Data premiery: 26.04.2017
Ilość stron: 864




Jak to jest, że książki, na które czekam z przeogromiastą niecierpliwością, których zbliżająca się premiera spędza mi sen z powiek, przez które fangirluję jak chomik na sterydach recenzuję najpóźniej? To znaczy, może nie najpóźniej, ale skoro powieść przychodzi do mnie w okolicy premiery, to zaraz jak ją skończę czytać powinnam się brać za pisanie recenzji, prawda? A tu już ponad miesiąc od premiery minął, a ja dopiero będę się z wami dzielić wrażeniami na temat piątego tomu serii Szklany Tron. Szalone co? Ale ujmę to tak, niektóre książki faktycznie lepiej recenzować jak najprędzej, a w sumie większość książek (przynajmniej jeśli chodzi o mój beznadziejny przypadek). Ale są też takie książki, po których trzeba odparować. Po których emocje się utrzymują i wspomnienia z lektury są nadal jak żywe nawet po kilku tygodniach, miesiącach. Po prostu książki, których nawet najdrobniejszych fragmentów się nie zapomina. I właśnie do tego typu powieści należy Imperium Burz.

Chryste Panie, przysięgam, kiedyś coś zrobię Sarze J. Maas. Chyba wyślę jej pudło pełne czekoladek, żeby ciśnienie podskoczyło jej na jeszcze wyższe obroty i żeby pisała dalej tak genialne teksty. Kocham tę kobietę. I jej postacie. No, prawie wszystkie (wszystkie ze względu na poziom wykreowania, ale nie wszystkie ze względu na charakter, ma się rozumieć). Okej, w piątym tomie już nie ma czasu na cackanie się i klepanie po główce. Po tym, co się stało z Adarlanem w Królowej Cieni sprawy wskoczyły na jeszcze wyższy poziom. Tu już nie chodzi o to, czy Aelin podoła walce z jednym czy z drugim, czy wybierze tego czy tamtego lovelasa; tu już się ważą losu królestwa. Więc trzeba schować dumę do kieszeni, czasami, jeśli trzeba, ugryźć się w język i mieć na uwadze własną odpowiedzialność. Bo każdą jedną złą decyzję niewinni ludzie, rodacy Aelin, jej bliscy mogą przypłacić życiem.

To jest fabulouuuuss. A byłam w takim strachu! Mówię całkowicie poważnie. Czekałam razem z innymi fanami Maas na premierę piątej części w oryginale, w sumie nie planowałam jej kupować po angielsku; tak, często mam na to ochotę, zwłaszcza przy kontynuacjach książek, które trafiły w mój gust, ale po raz kolejny przekonałam samą siebie, że wytrzymam do polskiej premiery, tyle książek mam na półce nieprzeczytanych, że zanim w Polsce pojawi się Imperium Burz, to akurat kilka przeczytam i czas zleci. Decyzja podjęta, ale czekałam jak pod kablem z wysokim napięciem, na pierwsze opinie czytelników. I tak jak przeważnie słyszałam przy kolejnych tomach, że Szklany Tron jest coraz lepszy, że z wow, robi się wowow, etc., tak tutaj się zaniepokoiłam, bo sporo osób pisało, że jest rozczarowanych, tym, tamtym, zakończeniem, że w ogóle nie jest to to czego się spodziewali. I jak tu się nie przestraszyć po takich recenzjach? Nie największa, ale jako taka niepewność się pojawiła. 

Biorąc pod uwagę wzrost objętości kolejnych tomów serii można by się spodziewać, że piątka przebije 1000 stron. A dla mnie już Dziedzictwo ognia było spore. Nie wiem jak jest z wami, ale dla mnie idealna objętość książki to 300-500 stron z przyzwoitą wielkością czcionki, nie za drobna, nie za duża. Takie książkowe grubaski trochę mnie do siebie zniechęcają. A jednak Sarah J. Maas i na tym polu potrafi mnie owinąć sobie wokół paluszka i ani się obejrzę, a książkę mam przeczytaną. Nie wiem, czy mam się jej bać, czy się cieszyć z tego faktu. 

Autorka świetnie kreuje postaci drugoplanowe. Po tych pięciu tomach już takim "standardem" jest, że z niecierpliwością śledzę losy Aelin czy Rowana. Ale, o rajuśku, jak nagle zaczęłam kibicować Lorcanowi w tej części, rozdziały z nim z cudowną Elide to życie. Nie wiem, czy nie cieszyłam się nimi nawet bardziej niż tymi z Aelin. Oczywiście te z Aedionem i Lysandrą też świetne, chociaż jak oni, to i Aelin i reszta, bo jednak przebywali razem, więc siłą rzeczy... Za to chyba jestem jedną z niewielu osób, które nie trawią Manon. Po prostu nie, to nie bohaterka dla mnie. I to nie tak, że jej nie lubię, że czymś mi zalazła za skórę. Tylko jakoś nie rozumiem zachwytów nad nią. Rozdziały z nią w poprzednim tomie czytałam bardziej z przymusu, byleby przebrnąć do części z innymi bohaterami. Tutaj było trochę lepiej, skoro Manon znajdowała się wśród głównych bohaterów, ale mimo wszystko, jakoś nie specjalnie mnie interesowało, co tam u niej się działo, jak dla mnie mogłoby jej nie być w tej serii. (Nie bijcie, wolałabym więcej Elorcan XD). Do Doriana mam sentyment od pierwszego tomu i tutaj wciąż go uwielbiam, za to Chaola po prostu nie mogę. Żyłka mi kiedyś pęknie przez niego. Tak jak Manon działa na mnie neutralnie, może tam sobie żyć, ale też nie musi, tak Chaola mam ochotę własnoręcznie udusić. Taka ciepła klucha, z tym że wcale nie taka ciepła, bo to co wygaduje i to co robi budzi we mnie wszystko to, co najgorsze. Naprawdę nie mam pojęcia, jak ktokolwiek może po tym tomie pałać do niego choć odrobiną sympatii. I, serio, Saro, kolejny tom w całości poświęcony jemu? Gdzie w tym sens?

Właśnie, już nie podoba mi się nadchodząca kontynuacja. Chce autorka pisać o najgorszym bohaterze, proszę bardzo, ale niech robi o takich nowelki, a nie standardową kontynuację mu poświęcać, przez którą będzie musiał przebrnąć każdy, kto chce poznać zakończenie serii. Tak jak Maas kocham, tak szósty tom z Chaolem na świeczniku - to dla mnie za dużo, przegięcie, fatalna decyzja i w ogóle dupa. Mam nadzieję, że to będzie w stylu dotychczasowych tomów, rozdziały o danych bohaterach przeplatane ze sobą, wszystko w narracji trzecioosobowej (po Chaol w pierwszoosobowej narracji = mój zgon na miejscu).

Ale wracając do Imperium burz. Książka nie pobiła poprzedniczek, tak jak to było z wcześniejszymi tomami. Może była troszkę słabsza, ciężko mi ocenić, kiedy już mam do serii taki sentyment, że obiektywizm szwankuje. I nie, nie jestem fanką zakończenia, no bo kto jest. Co nie oznacza, że nie czytałam powieści z przyjemnością. Czasem było słabiej z akcją, czasami ciśnienie naprawdę podskakiwało, w gruncie rzeczy się nie zawiodłam. Ale mam nadzieję, że autorka wynagrodzi ten feralny szósty tom z Chaolem cudnym siódmym i ostatnim. Ciężko będzie się pożegnać z serią, ale nie chciałabym większej ilości tomów, to już by było wymuszone rozciąganie.

Wciąż nie potrafię napisać poprawnej recenzji o długo wyczekiwanej powieści, ale może właśnie tak ma być. Może kiedyś się tego nauczę. W każdym razie jeśli ktoś się jeszcze nie zabrał za serię, to polecam mocno. Myślałam, że ja jestem ostatnią osobą, ale może został  ktoś jeszcze. Warto. Akurat zdążycie nadrobić pięć tomów do zbliżającego się serialu (swoją drogą mam nadzieję, że wkrótce poznamy więcej szczegółów). 


Za książkę dziękuję wydawnictwu :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz