6/12/2017

Alkaliczne gotowanie przy zielonym stole + Beauty & food | recenzje


Deszcz w czerwcu to błogosławieństwo. I w każdym innym miesiącu też (przynajmniej dla mnie). W takich warunkach, przy takim powietrzu mogę trzaskać recenzje. A żeby nie przedobrzyć postanowiłam zrobić dwa po dwie; dwa posty, a w nich recenzje dwóch pozycji. Wszystko to książki kulinarne, więc myślę, że w tym przypadku to spoko opcja. Może mniej standardowa, ale trudno. I może mniej ogarnięta, bo od takich książek specem nie jestem (od innych też nie zresztą), ale zrobię co w mojej mocy, żeby je poprawnie przedstawić. Zarówno Alkaliczne gotowanie, jak i Beauty & food to kwietniowe premiery, które dostałam od Wydawnictwa Muza.

Nie jestem fit guru i nigdy nie będę. Nawet mnie to nie kręci jakoś szczególnie (w każdym razie nie to ogólnie rozumiane fit). W przeciwieństwie do jedzenia, które uwielbiam. Ale jak się jest melepetą, to w 99,9% sferach życia, w kuchni żeby nikogo nikogo nie otruć, i siebie też, w bardziej skomplikowanych sytuacjach posługuję się przepisami. I może nigdy nie osiągnę nic więcej niż "poprawne danie", ale, jak w każdej innej dziedzinie, lubię poszerzać swoją wiedzę. 




Dopóki nie sięgnęłam po Alkaliczne gotowanie nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje, ani co to w ogóle może być. Coś tam chodziło mi po głowie, bo jednak spędziło się te trzy lata na biol-chemie, ale pewności nie miałam. Ale już wyjaśniam (jeśli jesteście tak bardzo ogarnięci jak ja); istnieje coś takiego jak pH, określane w skali 0-14, gdzie wartości poniżej 7 = kwasowe, a powyżej 7 = zasadowe. Samo 7 to pH neutralne. Jak powszechnie wiadomo, nawet kompletnym laikom, zakwaszenie organizmu może mieć nieprzyjemne skutki. W diecie alkalicznej nie chodzi o to, by usunąć z jadłospisu produkty zakwaszające, ale by osiągnąć względną równowagę. 



Część książek kulinarnych odrzuca mnie tym, że żeby przygotować jakieś danie potrzebny jest milion składników i to takich "z wyższej półki". W skrócie, jeśli miałabym żywić się wedle typowego fit guru, jeść same super eko, super fit i w ogóle super zdrowe jedzonko, to mój budżet miesięczny poszedłby się bujać po tygodniu. Tak to niestety jest, nie mówię "nie" takiemu trybowi życia za kilka dobrych lat, kiedy będę na własnym utrzymaniu i może uda się dorwać bardzo dobrze płatną pracę, ale teraz żyję jak "normalny" człowiek. Dlatego cieszy mnie budowa tej książki. Bo według przepisów można przygotować i tanie i pyszne posiłki. Dodatkowo nie ma tutaj jakichś produktów, o których się nie słyszało, których szczypta kosztuje krocie, wystarczy otworzyć lodówkę, sprawdzić, co jest na stanie, a ja gwarantuję, że uda się zrealizować jakiś przepis z książki. Podoba mi się zwrócenie uwagi jak ważne są śniadania - niby taki banał, ale sporo ludzi je bagatelizuje, sama czasami to robię, choć staram się o nich pamiętać. Tak samo słodkości. Nie mówię, że sama chemia to cudo (chociaż też potrafi uszczęśliwić człowieka, kogo się próbuje oszukać mówiąc inaczej XD), ale cukier nie zabija, nie racjonalne ilości, więc bez paniki, można spożywać. Luz. Oprócz przepisów jest tutaj trochę o samym odżywianiu, ale wszystko w dobrych proporcjach. I dosyć dobrze wyjaśnione, prosto, więc trafi do każdego Kowalskiego. Plus mamy trochę o warzywach, owocach, ogółem produktach sezonowych, i o kilku przydatnych trickach w kuchni. Sama, zwłaszcza o tej porze roku, ubóstwiam wszelkie koktajle, soki, smoothies. Bo nawet jak czegoś nie lubię w całości, w kawałkach, to o zmiksowanym się myśli inaczej. 

~ ~ ~

I książka numer 2, czyli Beauty & food. Postanowiłam opisać ją w drugiej kolejności, bo jak coś trafi w moje gusta, to ciężko powiedzieć coś więcej niż wyświechtane formułki zachwycające pozycję. Ale tak rzeczywiście będzie, w dużej mierze. Jak już wspomniałam wyżej, ani nie mam smykałki do kucharzenia, ani żadnym guru nie jestem, a już na pewno nie beauty. A ta książka zawiera dokładnie to, czego oczekuję, czego potrzebuję. Czyli konkrety, co na co i po co. Wszelkie suplementy, "leki", jakieś odżywki, chemia - no, nie jestem za tym, wolę ziółka i te sprawy, all natural. Przy tym nie jestem też do końca zorientowana, co się dzieje ze mną samą, w sensie, szczegóły na temat mojej cery, mojego organizmu; tak, nie znam samej siebie w 100%. A dzięki tej książce sporo się dowiedziałam (tak, książka to nie dietetyk, czy inny lekarz, który przyjrzy się konkretnie twojemu przypadkowi, niemniej jednak może zawierać przydatne informacje).




Już na samych skrzydełkach mamy rozpiskę czemu mówić "tak", a czemu "nie", jakim produktom. Słowem, konkrety. Banalne, ale dla takich ludzi, jak ja przydatne. Po przebrnięciu przez wstęp i zapoznaniu się ze spisem treści zaczynamy część pierwszą, czyli program odnowy; część druga to przepisy. Autorka treściwie wyjaśnia, jak za pomocą popularnych produktów można lepiej zadbać o cerę, włosy i paznokcie, zamiast wydawać masę pieniędzy na kosmetyki. Nie rozwleka się i chwała jej za to, w takich pozycjach nie lubię lania wody i zbędnego zapełniania stron. Mamy listę produktów, "spiżarkę autorki", tabelę składników odżywczych, gdzie je znajdziemy, co nam dają. Kolejnym plusem jest to, że są tu przepisy dla wszystkich, nie dla wybranej części, zarówno recepta na urodę jeśli posiada się suchą skórę, jak i tłustą, odwodnioną, pozbawioną blasku, etc. Jest wyjaśnione dlaczego tak się dzieje, jak zapobiegać i podane jest przykładowe menu. Jest recepta na wypadanie włosów, na włosy przetłuszczające się, czyli mamy trochę "porad na". 


Kolejna część książki to przepisy plus wyjaśnienia przy nich, co konkretne dania nam dają. Przepisy podzielone są na cztery pory roku, a pod koniec przepisów z danej pory roku jest kilka pomysłów na DIY, całość zamyka tabela z miarkami. Nie ma zbędnego wodolejstwa, wiem, powtarzam się, ale dla mnie to naprawdę ważne. Czasami korzystam tylko z mniejszej części książki, bo większość to informacje niczym z wikipedii. A tutaj wszystko przedstawione w bardzo przystępny sposób. I w dodatku pięknie wydane, zarówno wizualnie, jak i zapachowo i dotykowo (dziwna jestem, wiem). 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz