5/19/2017

Hygge. Na szczęście | recenzja




Tytuł: „Hygge. Na szczęście
Autor:  Signe Johansen
Wydawca: Burda Książki
Data premiery: 15.03.2017
Ilość stron: 208



O ile łatwiejsze robi się życie, kiedy wiesz w jakim kierunku chcesz zmierzać. No, a przynajmniej w jakimś stopniu wiesz, przez tam następne kilka lat, czy coś. W każdym razie dla mnie sprzed roku to było coś. Kiedy plany na życie zmieniają ci się co pół roku, bo w sumie czerpałabyś radość z wielu zawodów, uświadomienie sobie, co faktycznie sprawiałoby ci tę ogromniastą, największą radość daje jakiegoś mentalnego kopa; kiedy czujesz, że już wiesz o swoim przyszłym zawodzie coś więcej niż zbitek luźnych sformułowań.

Od kiedy rok temu postanowiłam kompletnie się "przebranżowić", porzucić biolchem, który lubię i szanuję, ale jednak czegoś mi brakowało, na rzecz języków, szczerze, aż zrobiło mi się lżej na sercu. Koniec drugiej klasy liceum to akurat był taki moment, gdzie mogłam się już nastawić na przykładanie się konkretnie do tego co lubię, co mi się przyda, i co będzie mi się liczyć - izi pizi, życie nie jest walką o same piąteczki, takie zakuwanie na siłę, byleby dostawać same piątki czy szóstki jest dla mnie bez sensu. Nigdy nie byłam typem osoby, która przeżywała każdą porażkę w szkole czy choć najdrobniejsze potknięcie. Hej, uczysz się dla siebie. Nie tylko w szkole, a poza nią; przez całe życie. Fakt, że zawsze byłam gdzieś tam w czołówce w klasie, ale nie przez kucie (nie mówię, że to złe, tylko, że to po prostu nigdy nie była moja bajka), mam szczęście, że wiele zostaje mi w pamięci ze słuchu, czy sporo też wzrokowo zapamiętuję. Może to też kwestia wychowania. Anyway, wróćmy do tematu, bo właśnie skończyłam szkołę i naprawdę chętniej pogadałabym o wakacjach... A tak, wybory życiowe. Więc ukierunkowałam się na skandynawistykę, filologię, coś o moim fave rejonie świata. Zmieniło mi się trochę nastawienie, byłam pewniejsza, bo wiedziałam, co chcę osiągnąć. Zapisałam się na kurs językowy i gdzieś też poza nim jeszcze więcej czytałam o Skandynawii. Pamiętacie ten boom na książki o hygge, o fenomenalnym sposobie na życie, o tym jak jest sercem najszczęśliwszych narodów na świecie? Najgłośniejsze już minęło, ale okazało się, że wysyp książek na ten temat nie ustał.



Zawsze tym moim ulubionym zakątkiem półwyspu skandynawskiego była Norwegia. Nic dziwnego, akurat tylko do niej jeżdżę. Ale myślę, że nawet gdyby dane mi było przebywać w Szwecji czy gdzieś indziej, to nadal Norwegia byłaby u mnie na pierwszym miejscu. Uwielbiam klimat, uwielbiam ten ścisk ludzi, którego nie ma, to powietrze, atmosferę, fakt, że dosłownie wszędzie można sobie znaleźć "kryjówkę" przed ludźmi, miejsce, gdzie nie ma innych ludzi, domów. Są oczywiście miejscowości, gdzie jest wielu ludzi, ale nawet w nich każdy ma gdzieś tam swój własny zakątek. A później przejeżdżasz przez tę miejscowość i dłuższą chwilę nie ma nic, tylko drzewa, lasy, plaże, morze, góry, jeden dom tu, kilka tam. Więc zaczytywanie się o esencji Skandynawii, o hygge stało się przyjemnością. Jak może pamiętacie, zachwycałam się Hygge Meika Wikinga. Co prawda najpierw moją uwagę przyciągnęło to drugie hygge, w granatowej okładce, ale jak się okazało, przynajmniej w moim odczuciu, Wiking miał przyjemniejszą treść, więc granatowe hygge sobie odpuściłam. I usłyszawszy takie, a nie inne opinie na temat obu pozycji wcale nie żałuję. Za to cieszę się, że ponownie mogłam dorwać coś o hygge. Takie parę miesięcy przerwy od tej tematyki fajnie zrobiło, bo Hygge. Na szczęście naprawdę dawało szczęście, radość z czytania. I taki błogi spokój, jak to hygge.



Spodobało mi się, że to nie jest taki kolejny odgrzewany kotlet, napisany bo temat zrobił szał i ludzie na pewno kupią. Cóż, a przynajmniej nie sprawia takiego wrażenia. Książka choć ma większy format i twardą oprawę, liczy sobie tylko 208 stron. I, jak to w takich pozycjach, sporo miejsca zajmują zdjęcia. Ale, co najważniejsze, nie klepie tutaj autorka po raz kolejny o istocie hygge, nie rozwleka tematu. Bardzo fajne są tu proporcje, bo i owszem, jest o hygge, ale tak naprawdę większą część zajmują w książce przepisy. 



Wrażenia może nie robią oszałamiającego, ale serca zwolenników hygge podbiją. I mogę się założyć, że jeszcze większy zachwyt wzbudzą po ich zastosowaniu w praktyce. Samej mi się zaczął żołądek odzywać, kiedy piszę tę recenzję i widzę zdjęcie gofrów. Hygge. Na szczęście to nie jest książka przekombinowana.  W każdym razie jeśli szukacie czegoś, co niekoniecznie będzie kolejną paplaniną o samym hygge, ale pokaże wam trochę więcej kuchni skandynawskiej, to śmiało możecie sięgać po tę pozycję, zróbcie prezent sobie, komuś, kto również lubi ten temat, a na pewno uśmiech na twarzy się pojawi.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu :)

Znalezione obrazy dla zapytania burda ksiazki


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz