5/22/2017

Co przyniesie wieczność | recenzja




Tytuł: „Co przyniesie wieczność
Autor:  Jennifer L. Armentrout
Wydawca: Wydawnictwo Filia
Data premiery: 11.04.2017
Ilość stron: 573


Normalnie staram się sklecić jakieś kilka zdań na początek, taki wstęp do przedstawianej historii, coś w poruszanym temacie, czy aktualne, bliskie treści książki przemyślenia. Ale po tym jak niemal godzinę temu skończyłam najnowszą powieść Jennifer L. Armentrout chyba nie będę w stanie iść tym "zwyczajem" i od razu przejdę do konkretów. (OK, mów ludziom takie rzeczy, a później siedź z wzrokiem utkwionym nieruchomo w laptopie, próbując ubrać w słowa uczucia przez 15 minut, brawo).
Już przed premierą książki wiedziałam, że ją przeczytam. Bo autorka, która od pierwszego spotkania z jej twórczością nieustannie mnie zachwyca. Bo Filia. Bo nawet jeśli jakimś cudem ta powieść okazałaby się pierwszą porażką Armentrout przynajmniej ładnie by się prezentowała na półce. Wątpliwości - czy czytać, czy nie czytać - nie miałam. Ale nie podejrzewałam, że jest we mnie coś jeszcze, czego wcześniej nie poruszył chyba żaden autor, nie w takim stopniu i wymiarze.

Mallory i Rider przeżyli piekło w okresie życia, w którym żadna osoba nie powinna mieć większych zmartwień. Dzieciństwo spędzili u dwójki potworów. A może lepiej by było powiedzieć "ledwie się przez nie prześliznęli żywi". Panna Becky i pan Henry, adopcyjni rodzice skutecznie ukrywali przed opieką społeczną, co się dzieje z dziećmi, którymi przecież powinni się opiekować, którym powinni zapewnić wsparcie, dom. Kobieta, która tylko czasami nie była zalana w trupa. Facet, któremu przeszkadzał najmniejszy dźwięk wydawany przez dziewczynkę, który wielokrotnie znęcał się nad małym Riderem, stającym w obronie kruchej Mallory. W końcu po latach męki wydarzyło się coś, co uwolniło dzieci od ciągłego strachu, a przynajmniej teoretycznie. Mallory została adoptowana przez małżeństwo lekarzy; kochali ją jak własne dziecko, zapewnili nie tylko dom, ale i opiekę specjalistów. Co z Riderem? Dziewczyna nie wiedziała. Na początku ciągle o niego pytała, ale nikt nie udzielił jej konkretnej odpowiedzi. Po czterech latach leczenia ran, domowym nauczaniu, Mallory przy wsparciu Carla i Rosy, obecnych adopcyjnych rodziców, zdecydowała się na Lands High; pójście do szkoły publicznej choć na ten ostatni rok, by łatwiej mogła się dostać na planowane później studia. Już pierwszego dnia spotyka twarz, za którą tęskniła, osobę, która była jej najdroższa, która tyle razy ją chroniła. Która w czasie kiedy nikt zdawał się nie przejmować ich życiem, dawała z siebie wszystko, mimo że sama była zaledwie troszkę starsza. Mallory i Rider ponownie, po długiej przerwie stają sobie twarzą w twarz, dostają drugą szansę.

Już wiem, że nie będę w stanie prawidłowo tutaj wszystkiego przedstawić; to jedna z tych książek, na których temat wolałabym gadać i gadać niż pisać, bo palce na klawiaturze nie nadążają za myślami, których jest tak wiele. Musicie wiedzieć, że Mallory nie mówi. To znaczy, nie jest niemową, ale wypowiadanie słów, wydawanie z siebie dźwięków przychodzi jej z trudem. Kiedy jeszcze znajdowała się pod "opieką" potworów chowała się w szafie, gdy nadchodziło najgorsze Rider prosił ją, by siedziała cicho, a sam w międzyczasie dostawał potężne baty. Sam ją też zresztą nazwał Myszką. 

Tu się kończą takie "konkrety". Teraz mogłabym po prostu otworzyć wam do wglądu moją głowę i serce, żebyście poznali jak jest w kwestii uczuć przy tej powieści. Chwilę przed Co przyniesie wieczność zaczytywałam się w młodzieżowej fantastyce - myślałam, że po tym dla odmiany sięgnę po coś lekkiego. Tyle że mimo braku smoków i jednorożców ta powieść wstrząsnęła mną o wiele mocniej niż cokolwiek przeze mnie czytanego w ostatnim czasie. Po prostu wow. Już wcześniej uwielbiałam tę autorkę, bo tworzy świetne młodzieżówki fantasy, super też wypadła w new adult, ale to przy Co przyniesie wieczność poraziła mnie najmocniej. I najgłębiej. 

Po tym, co Mallory przeżyła w dzieciństwie wciąż są ślady. Dziewczyna jest przerażona, nawet odzywanie się do Carla i Rosy przychodzi jej z trudem. A Jennifer L. Armentrout tak niesamowicie realistycznie wszystko odtworzyła, wszystkie emocje, to, co się działo z dziewczyną, jakie myśli kłębiły się w jej głowie. Genialne pióro, aż sama odczuwałam w kościach stres głównej bohaterki i dostawałam od tego skrętu kiszek. Z tego co zauważyłam w recenzjach na zagranicznych portalach wiele osób zarzuca autorce, że Mallory za bardzo skupia się na sobie, że za dużo jest o niej samej. Ale to nieprawda. To nie tak, że ona non stop myśli o sobie, jak się czuje i jak to się ma do ogółu. Autorka po prostu rozpisała jak wielka burza panuje w głowie bohaterki, jak wiele przeżywa i jak mocno. Jak wiele znaczy dla niej każdy krok do przodu, jak bardzo cieszy ją wypowiedzenie kilku słów do obcej osoby, jak szczerze dumna jest z siebie, że nie schowała się w kącie, nie poddała się i nie uciekła do domu pierwszego dnia. Że się starała. 

Biorąc pod uwagę to, jak zmieniło się jej życie, jak nieporównywalnie lepsze ma obecnie warunki życia, Mallory docenia najmniejsze drobiazgi, które przeciętny Kowalski bierze za pewnik, na które nawet nie zwraca uwagi. A może wszyscy powinniśmy uważniej przyjrzeć się temu, co mamy, temu jak nieporównywalnie gorsze moglibyśmy mieć życia i nauczyć się doceniać. Nie tylko wymagać i żądać.

Uwielbiam tę powieść, uwielbiam Mallory chyba najbardziej przez jakieś sentymenty. Bo w pewnym sensie wiem, co ona czuje, wiem, jak musi być jej trudno i jak wielką radość odczuwa po wygranych małych bitwach. Oczywiście nawet nie powinnam się wypowiadać w kwestii maltretowania, sama każdego dnia doświadczam cudownej rodziny, nie potrafiłabym sobie wyobrazić lepszej i jestem za to niesamowicie wdzięczna Bogu, losowi, fatum, czy komu tam wolicie to przypisać. Ale mam pewne trudności w relacjach z ludźmi, czasami nie odzywam się właśnie dlatego, bo boję się, że palnęłabym jakieś głupstwo (co często mi się zdarza, jak już postanowię otworzyć japę), dużo myślę (o wszystkim), rozmyślam, zastanawiam się, snuję teorię. Czasami panikuję jak Mallory i do głowy przychodzi mi tysiąc różnych teorii, nieważne, że większość z nich nie ma sensu. Czasami tak się zafiskowuję we własnej głowie, że nie doświadczam życia, że umyka mi to, co dzieje się wokół, bo martwię się reakcją innych. Wiem, że inni za mnie nie przeżyją życia, że to nie opinia osób trzecich powinna wpływać na moje decyzje. Ale to, że powtarza się sobie jakąś mantrę, nie znaczy, że ot tak można ją wprowadzić w życie. Masz świadomość, że przecież stres w niczym ci nie pomoże, i że ty to wiesz, nie oznacza, że się nie stresujesz. 

Dla mnie jest to powieść szczególna. Może właśnie przez związek, jaki czuję z Mallory, podobieństwo do niej, tak odbieram Co przyniesie wieczność. Wiem, że teraz nie potrafię i nie wiem czy kiedykolwiek zdołam przekazać choć w 50% na blogu, vlogu, czy na żywo w rozmowie, jak wiele znaczy dla mnie ta powieść. Nie jest to tylko rozrywka, oderwanie się od rzeczywistości. To coś, co mną zachwiało, co zmusiło łzy do płynięcia po policzkach, co sprawiło, że nadal oddycham z drżeniem. Że mną telepie i najchętniej zakopałabym się pod kocykiem.

Nie wymienię jak z akcją, fabułą, bohaterami. Nie umiem rozłożyć tej powieści na czynniki pierwsze, bo odczuwam ją jako nierozerwalną całość, jako emocjonalną, psychiczną bombę. Nie takie hop siup young adult. I chociaż doceniam wydawnictwo za szatę graficzną, za opis i każdy drobiazg wydania książki, to mam jedno zastrzeżenie, bo nikt tu nie zaznaczył na okładce, że ta książka zrobi ze mnie wrak człowieka. Czy tam wyciągnie na wierzch właśnie to, co gdzieś głęboko wcześniej było zakopane, co liczyłam upora się samo ze sobą. Jakoś. Bo teraz nawet patrząc na te barwy, na farby rozpryśnięte na dłoniach na okładce na myśl przychodzi mi Rider i cały ten wąż uczuć ciągnący się za historią. Czegoś takiego jeszcze po książce nie przeżyłam. Nie doświadczyłam (bo z tym przeżyciem, to sama pewna nie jestem; czy nie przestanę oddychać, jak tylko nie nacisnę "opublikuj").


Za książkę, absolutny must read i zasłużony bestseller serdecznie dziękuję księgarni Taniaksiazka.pl





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz