4/09/2017

Firstlife. Pierwsze życie | recenzja




Tytuł: „Firstlife. Pierwsze życie
Autor:  Gena Showalter
Wydawca: HarperCollins Polska
Data premiery: 15.03.2017
Ilość stron: 432



Przed przeczytaniem tej recenzji lojalnie ostrzegam, że może być ona bogata w świeże, jeszcze ciepłe odczucia polekturalne, rozchwianie emocjonalne i całą tonę zagubienia i zdezorientowania rasowego książkoholika. Z miejsca zaznaczam, że zwalniam się z odpowiedzialności, jeśli ktoś zdecyduje się na przeczytanie Firstlife, po czym będzie starać się o odszkodowanie za uraz psychiczny, rozniesienie epidemii, a na oskarżonych postanowi powołać Genę S. i mnie. Ja nie mam z tym nic wspólnego, ja tylko mówię jak jest.

CO TO BYŁO? Tak, jeśli jeszcze ktoś się nie zorientował, powiem to jeszcze raz, dosłownie chwilę temu odłożyłam najnowszą powieść Geny Showalter i... woah! Dobra, Syla, uspokój się, wdech, wydech, zbierz się do kupy i spróbuj chociaż trochę poprawnie opowiedzieć o fabule... A więc. O czym to ja miałam?... A tak! Logicznie opowiedzieć o Firstlife, hahahahah, jakby ta powieść miała cokolwiek wspólnego z logiką! Powiedziałabym, że to bardziej jak rozładowanie elektryczne, błyskawica na milisekundę przed uderzeniem, jak spojrzenie Dolores Umbridge. Nie, nie zbaczam z tematu, to naprawdę było  t a k  mocne!

Okej, nie przesadzajmy. (Ale i tak było świetnie). W świecie Ten (spokojnie, wygląda niemal w zupełności jak nasz) są dwie opcje do wyboru. Albo Trojka, albo Miriada. Do jednej z tych sfer trafi się po Pierwszej Śmierci, to tam spędzi się Drugie Życie (aka Wieczne Życie). No, chyba że ktoś na poważnie bierze pod uwagę trzecią opcję, czyli Wiele Końców, co, jak wynika z samej nazwy, może cię przyprawić o wieeele końców. Bardzo bolesnych końców. Tenley jest córką Miriadczyków, więc wedle ich myśli, sama również powinna powierzyć swoją duszę Miriadzie. Ale dziewczyna nie chce jeszcze podejmować wyboru, chce się nad nim zastanowić, chce, by podjęta decyzja nie była dyktowana żadnymi czynnikami zewnętrznymi. I tak trafia do Prynne, zamkniętego ośrodka, w którym "pomaga się" takim jak ona, wszystkie wymyślne tortury, zarówno psychiczne, jak i fizyczne, są przecież "dla jej dobra". 

Każdy człowiek ma swojego RT (Robotnika Trojki) i RM (Robotnika Miriady), którzy mają pomóc w dokonaniu decyzji - oczywiście korzystnej dla danej sfery. Pewnego dnia Tenlyn zostaje przydzielona współlokatorka do celi, Bow (która później okazuje się chłopakiem, Archerem (RT), ukrywającym się w ludzkiej Skorupie), a niedługo po tym w ośrodku pojawia się Killian (RM). A jeszcze chwilę po tym następuje totalna lawina zdarzeń, na której opisanie zabrakłoby mi tutaj miejsca.

Słowem, nie spodziewałam się czegoś tak wciągającego. Gdzieś już przewinęła mi się przed oczami recenzja tej powieści, niezbyt pochlebna, i podeszłam do książki standardowo, bez jakichś wyobrażeń i nadziei, co będzie, to będzie. I tak się jakoś stało, że już od samego początku powieść Geny owinęła wokół mnie ciasno swoje macki. I nie wypuściła, aż do samego końca. Czy jest tutaj na co narzekać? Jeszcze się pytacie?! Oczywiście, że tak! Momentami brak logiki, działania bohaterów czasami bardzo... hmm, żywe (dziewczyna zjeżdża innego bohatera z góry do dołu, to źle, dlaczego, jak to się mogło stać, nie wybaczę ci... na co postać mówi o cieście czekoladowym, które na nią czeka obok, a ona reaguje jak pięciolatka na widok lunaparku, jak... książkoholik na wyprzedaże nowości!). Pewnie udałoby się wymienić całe dziesiątki słabszych punktów, ale tym, co właśnie mnie trzyma w tej chwili, jest burza emocji, jaka mnie roznosi po lekturze i wszystkie te szczęśliwe minuty spędzone przy powieści.

Firstlife nie jest książką wybitną i, jak wspomniałam, znajdzie się trochę błędów, jeśli wziąć ją na chłodno. Ale nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mocno i tak szybko wciągnęłam się jakąś powieść, gdzie nie mogłam oderwać się od lektury, czytałam w każdej możliwej chwili, z nieodpartym tchem śledziłam poczynania bohaterów i zastanawiałam się ile jeszcze rozdziałów zakończonych zawałem uda mi się przeżyć. Przepadłam zarówno jeśli chodzi o świat wykreowany przez Showalter, gdzie mamy dwie odmienne od siebie sfery, w jednej dominuje światło, w drugiej ciemność; mamy pomysł z Drugim Życiem, z Wiele Końców, z Norą... a także przy bohaterach. Zastanawiałam się, czy w którymś momencie Ten, która jest narratorką, zacznie mnie irytować, ale wszystkie jej reakcje, odzywki z czasem stawały się dla mnie coraz śmieszniejsze, ta dziewczyna nadawała wszystkiemu smaku; jej humor. Jak na młodzieżówkę, to było tutaj naprawdę oryginalnie! I, tak, jest tu dwójka chłopaków, ale właściwie jeden wyraźnie jest tylko dobrym przyjacielem Ten, sama określiła go bardziej jako rodzinę, a ten drugi jest kimś więcej. 

Wiem, że nie sądzi się po okładce, ani po czymś danym z góry, ale nie mogę nie docenić tej świetnej oprawy graficznej, gdzie, jeśli się przyjrzeć, można dostrzec Miriadę (góra klepsydry) i Trojkę (dół). I Killian. Choć starałam się zachowywać do niego dystans ze wszystkich sił, poległam, właśnie przez imię. Bo czy ktokolwiek oglądający baśniowy serial Once Upon A Time nie uwielbia Kapitana Killiana Hooka? Właśnie. I jak tu mogłam pałać nienawiścią do kogoś, przy kim non stop w głowie widziałam uśmiech Hooka z OUAT? 

Pierwsze spotkanie z twórczością Geny Showalter i jakże udane. Może to dobrze, że nie miałam czasu i możliwości sięgnąć wcześniej po serię o Alicji (która według zaufanej blogerki jest słabsza)? Tak mogłabym się zrazić do autorki ominęłoby mnie takie cudo!

Nie mogę się doczekać kontynuacji Firstlife, mam nadzieję, że i okładka, i forma tłumaczenia opisu pozostanie jak przy pierwszym tomie, bo to tworzy taką piękną całość. Jeśli chcecie uświadczyć emocji opisanych powyżej i całej masy innych, na których opisanie tutaj życia by brakło, to koniecznie przeczytajcie. Ale pamiętajcie, ostrzegałam. ;)

Za książkę dziękuję serdecznie Wydawnictwu :)

Logo Harper Collins

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz