3/26/2017

Zły Romeo | recenzja przedpremierowa




Tytuł: „Zły Romeo
Autor:  Leisa Rayven
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data premiery: 29.03.2017
Ilość stron: 400



Zaczytując się w fantastyce, przychodzę do was z recenzją książki, którą przeczytałam już jakiś czas temu. W zimie, kiedy wiało niemiłosiernie i panował straszny mróz, zakopując się pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty w dłoni przyjemnie było poczytać coś lekkiego, niezobowiązującego. Coś odprężającego. A wiadomo, że na takie chwile wręcz idealnie sprawdza się coś z new adult. Nie inaczej było tym razem.


W powieści Leisy Rayven mamy do czynienia z bohaterami, którzy nie spotykają się po raz pierwszy, można powiedzieć wręcz, że w naszej książkowej teraźniejszości są niczym starzy dobrzy znajomi. No, może nie tacy "starzy", bo ich relacja przesadnie długo nie trwała. Ani nie tacy całkiem "dobrzy", bo ich stosunki były dość napięte. Dwójka aspirujących aktorów gra główne role w sztuce Szekspira. Tylko co się stanie z bohaterami, kiedy szansa na miłość będzie, zarówno Romeo i Julia przeżyją, ale on złamie jej serce? Jak będzie wyglądać ich spotkanie po latach? Tego dowiecie się sięgając po Złego Romea (czy też Bad Romeo, jak wolicie, osobiście jestem zwolenniczką oryginalnego tytułu). 

Poziom napięcia w powieści przywodzi mi na myśl twórczość Tarryn Fisher, jej trylogię Love me with lies. Nie było tam najbardziej kolorowo, nie było perfekcyjnie ani jeśli chodzi o stronę techniczną, ani o historię, jaka zdarzyła się bohaterom, ale było to niemal namacalne napięcie. Te kilka sekund przed wybuchem utrzymywało się prawie przez całą serię, tak samo było w przypadku książki Leisy Rayven. Można autorce zarzucić wiele, ale nie to, że podczas czytania czytelnik jest obojętny, co to to nie. Nie da się tak. Najzwyczajniej w świecie nie ma takiej opcji. Bo Zły Romeo to niesamowicie elektryzująca książka, wystarczy się do niej zbliżyć, by poczuć buzującą od niej energię. A to cenię, bo nieraz autor pięknym stylem nakreśli niesamowicie intrygująca opowieść, a zabraknie napięcia, tej iskry, która wszystko zlepiałaby w nierozerwalną całość.

Książkę przeczytałam bodajże na raz, z krótkimi przerwami na dożywienie organizmu, tak żeby nie paść z wycieńczenia. Czytało się bardzo lekko, ale w tym przypadku mój pośpiech wynikał z przyjętego terminu, co jak się później okazało, było zupełnie niepotrzebne. Najwyraźniej wydawnictwo może sobie pozwolić na rzucanie propozycjami na prawo i lewo, a gdy człowiek robi co może, by dotrzymać słowa, przekłada plany, by zdążyć, po prostu uznać jego pracę za niepotrzebną, bo jednak cię nie chcą i zbyć to przeprosinami. Aż na myśl sam się narzuca filmik Book please (klik). Nie ukrywam, że takie incydenty w mniejszym lub większym stopniu jednak jakoś odciskają się na lekturze. Co mogę więc powiedzieć o powieści teraz, po niemal dwóch miesiącach od lektury?

Czasami dobrze ochłonąć po przeczytaniu powieści, bo wtedy wiele nowych aspektów rzuca się w oczy. Podczas lektury Złego Romea czuje się ekscytację, zniecierpliwienie, chce się wiedzieć, co wydarzy się dalej, jakie losy czekają głównych bohaterów. Ale powieść urywa się w najgorszym możliwym momencie. Czyli tak jakbyście mieli już kończyć lekturę, ale okazuje się, że brakuje ostatnich pięćdziesięciu stron. Takie nie do końca logiczne (a raczej wcale) urwanie. Jakby autorka napisała jedną dłuższą powieść, ale ktoś doradził jej zrobić z tego duologię, więc postanowiła ciachnąć jakoś pośrodku. Świetne by było z tego stand alone, a jak już autorka pokusiła się o te dwa tomy, mogłaby lepiej skończyć z pierwszym. Więc jeśli chcecie przeczytać powieść Leisy Rayven, ale nigdzie się wam nie spieszy, radzę poczekać od razu na drugi tom. Bo jest niedosyt, i to nie taki pozytywny, jeśli nie ma tej kontynuacji. W dodatku teraz, po "odpoczęciu" od lektury na wierzch wychodzą kolejne słabe punkty. Kiedy myślałam o zabraniu się do pisania recenzji uświadomiłam sobie, że nawet nie pamiętam imion głównych bohaterów. Że większość fabuły już mi z głowy wyleciała, zostały w sumie same suche fakty. Musiałam wracać do ebooka i szperać, upewniać się, czy to i to działo się w tej książce, czy jednak w innej. 

Powieść ulatuje z głowy bo kilku tygodniach. Jeśli szukacie czegoś zapadającego w pamięci, to nie tędy droga. Jeśli chcecie tylko chwilowego odprężenia, to Zły Romeo jest dobrym wyborem, aczkolwiek najlepiej mieć przy sobie od razu tom drugi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz