3/12/2017

Waleczna Czarownica | recenzja





Tytuł: „Waleczna Czarownica
Autor:  Danielle L. Jensen
Wydawca: Galeria Książki
Data premiery: 11.01.2017
Ilość stron: 398


Czuję się rozdarta na najdrobniejsze kawałeczki, które rozrzucono na wszystkie strony świata. Kawałeczki tak małe, że niewidoczne gołym okiem, niemożliwe do poskładania ponownie w tę samą całość. Jestem zniszczona, zdruzgotana i nie wiem czy się wyleczę.

Rozstanie z serią, którą pokochało się całym sercem zawsze jest bolesne. Ja cierpię szczególnie przy fenomenalnych młodzieżówkach z elementami fantastyki, wątkami romantycznymi, bo właśnie takie powieści kocham najmocniej. W świecie, w którym wszystkie chwyty dozwolone, a autora ogranicza tylko jego wyobraźnia może zdarzyć się masa zaskakujących rzeczy, to nie jest już tylko kwestia ludzkiej natury, szarych problemów, gdzie większość można wydedukować bez problemów, w fantastyce może zdarzyć się wszystko, choćby było zupełnie nierealne. I jak się pewnie domyślacie właśnie taką, i z gatunku i z jakości, serią, tudzież trylogią, okazała się Trylogia Klątwy Danielle L. Jensen, którą zamknęła Waleczna Czarownica.

Jak ja uwielbiam tę autorkę! Potrafi przekonać mnie do istot, których wcześniej bym kijem nie tknęła, co więcej, sprawia, że tracę dla nich głowę. Danielle L. Jensen napisała młodzieżową trylogię, gdzie, nie oszukujmy się, próżno szukać wzniosłych wątków filozoficznych, nie ten gatunek, a jednak stworzyła coś tak magicznego i wciągającego, że z bólem przyjęłam konieczność odłożenia jej na półkę.

W Walecznej Czarownicy zadania, jakie spadły na ramiona głównych bohaterów, Cécile i Tristana, są znacznie trudniejsze i poważniejsze, niż w poprzednich tomach. Teraz już nie chodzi o życie najbliższych, czy o trolle, teraz wszyscy ludzie są w niebezpieczeństwie. Gra się toczy, a nasze ukochane już postaci nieraz staną przed wyborem dokonania nie "dobra" czy "zła", ale po prostu "mniejszego zła". Ale nie ma co się załamywać, to nikomu nie pomoże, trzeba się zebrać w sobie i jakoś przebrnąć przez najgorsze.

Wiele osób narzekało na część drugą. Ja już troszkę trylogii mam za sobą, to człowiek wie, że nie wolno mieć zbyt wielkich oczekiwań, a i trzeba zaakceptować fakt, że te środkowe tomy są często specyficzne, taka po prostu ich natura. Poza tym, Jensen ma coś takiego w swoim sposobie pisania, że ja przyjmę każde słowo, jakie ona naskrobie.

Przed podejściem do Walecznej Czarownicy dużo się nasłuchałam zachwytów, oj dużo. Zwłaszcza podkreślane było zakończenie, że niby nieprzewidywalne, że takie emocjonalne. Aż ze strachem podeszłam do lektury, bo wiem do czego autorka jest zdolna. I ha! Mnie autorka nie zaskoczyła zakończeniem, odgadłam je (może nie całkowicie, ale w znacznym stopniu, thanks to Sherlock). Ale najpierw jeszcze o całości ostatniego tomu słów kilka.

Zakończenie Trylogii Klątwy (w sensie, ostatni tom) to kwintesencja wszystkiego. Adrenalina poszła do góry, zmartwień o ukochane postaci ciąg dalszy, trudniejsze decyzje do podjęcia, więcej tragedii, mwaaaa!. Oszaleć można. Ale autorka niezawodnie pociągnęła za nitki, więc bez obaw. Chociaż, mam jedno "ale". Pewnie będę jedyną osobą, która w tej kwestii wybrzydza, ale trudno, ktoś musi. Nie jestem fanką zakończenia. (Yass, powiedziałam to). Znaczy, może ta końcówka końcówki ujdzie, ale to chwilę wcześniej... Serce mi się wykańczało. Ja rozumiem, naprawdę, ale, kurczę, to było (w pewnym sensie) tak cholernie smutne i dobijające. Podłamało mnie trochę, ale jednocześnie ubóstwiam autorkę, że nie zdecydowała się na to, co 80% autorów. Teraz pozostaje mi czekać na kolejne powieści od Jensen i od czasu do czasu podczytywać trylogię, co by sobie odświeżyć. Auć, bolało! Ale było warto. Cieszę się, że akurat ta trylogia nie bez przyczyn stała się bestsellerem.


Za książkę serdecznie dziękuję księgarni Taniaksiazka.pl



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz