3/05/2017

Dręczyciel | recenzja






Tytuł: „Dręczyciel
Autor:  Penelope Douglas
Wydawca: Wydawnictwo Editio
Data premiery: 15.02.2017
Ilość stron: 328




Czasami mimo wszystkich sił i jeszcze więcej chęci nie możesz podążać wedle ustalonego planu. Nie potrafisz. Bo nie jesteś w stanie zaplanować spontanicznych emocji i tego, czego w danej chwili będziesz potrzebować. Tak samo ja absolutnie nie spodziewałam się, że przeczytam Dręczyciela chwilę po odebraniu książki z rąk kuriera. Na raz.

Dobra, może nie zabrałam się za tę książkę tak dosłownie od razu. Byłam poza domem i dopiero dzień po dostarczeniu jej mogłam się jej przyjrzeć. Planowałam przeczytać ją po tym, jak uporam się z wcześniejszymi zobowiązaniami. Tak, i wytrzymałam jakieś 24 godziny. Stwierdziłam, że po prostu przeczytam kilka stron i sprawdzę, jak się powieść zapowiada, ale sęk historii tkwi w tym, że jej nie da się odłożyć, zanim nie dotrze się do ostatniej strony, do ostatnich słów. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że żałuję tego popołudnia z Penelope Douglas.

Książka zaintrygowała mnie już jakiś czas temu, kiedy przeglądałam lutowe zapowiedzi w poszukiwaniu tych najbardziej interesujących mnie pozycji, o których chciałam napisać na blogu. I naprawdę opis mnie przyciągnął. Przyjaciele, którzy z dnia na dzień stają się sobie obcy, ba, jedna osoba zaczyna wręcz dręczyć drugą? To było coś świeżego. Ale trzymałam się postanowień, by ograniczać się do tych "najpilniejszych" premier, nie szaleć z listą must read i z bólem odeszłam. Próbowałam się przekonać, że skoro żadne większe wydawnictwo się nie pokusiło o wydanie powieści, a przynajmniej nie takie, z którymi od długich miesięcy, jeśli nie lat, mam styczność, to może nie jest to nic szczególnego. Całe szczęście, że coś mnie tchnęło i skorzystałam z okazji, by jednak zagłębić się w lekturze od P. Douglas!

Nie byłam do końca pewna w jaką stronę pójdzie tutaj autorka, czy typowy romans, czy bardziej new adult. Oj, i poszła w tę najlepszą. Tate przyjaźniła się z Jaredem, jak z nikim innym. Do domów wracali właściwie tylko po to, by się przespać, coś zjeść, a później znów się spotykali i spędzali ze sobą całe godziny. Do czasu. Kiedy Jared miał czternaście lat jego ojciec, który porzucił rodzinę, gdy chłopak miał dwa latka, zaprosił go do siebie na wakacje. Po powrocie Jared nie przypominał dawnego siebie. Jakby wyjechał ukochany przyjaciel, troskliwy i przyjazny, a wrócił ktoś zupełnie mu przeciwny, chłodny, zdystansowany, okrutny. W dodatku zaczął dręczyć najbliższą mu osobę, ranił Tate wykorzystując wszystko, czego się o niej dowiedział, przez te wszystkie lata, ale ranił tak, jak ludzie potrafią najmocniej - słowami. Zastraszał ją, rozpuszczał podłe plotki. Co się stało z tym miłym chłopakiem z sąsiedztwa? Co mu się przydarzyło tamtego lata, że zmienił się nie do poznania?

W pewnym momencie Tate nie wytrzymała i wyprowadziła się na rok do Francji, uczęszczała do  tamtejszej szkoły. Miała dość tego, że gdziekolwiek nie natknie się na Jareda, ten zmienia jej dzień w piekło, a ona kończy szlochając zrezygnowana i bezsilna. Jednak wróciła by ostatnią klasę skończyć w starej szkole. Nie żeby wróciła jako kompletnie inna nastolatka, ale ten rok dał jej trochę wytchnienia, nabrała choć trochę wiary w siebie i może nadal nie była ucieleśnieniem pewności siebie, ale już nie była takim wystraszonym chucherkiem.

Wow. To było coś niesamowitego. To takie new adult, które kocham, które nie jest bezsensownym i bezbarwnym "kopiuj, wklej", a zawiera taki ładunek emocji, że roznosi człowieka po całości. To pełna skrywanych przez lata emocji, natłoku tych złych i jeszcze bardziej nieprzyjemnych, historia o dwójce osób, o takiej przyjaźni, jaka zdarza się raz na sto. Czy spodziewałam się, że autorka kupi mnie już po pierwszych kilku stronach? Ani trochę! Owszem, miałam nadzieję na miłą odskocznię od stresujących dni, ale nawet nie odważyłam się pomyśleć, że to może być coś tak fantastycznego, taki rollercoaster!

W gatunku, gdzie nie ma takiej historii, której wersji nie widziałabym pod minimum kilkoma różnymi nazwiskami znalazłam coś świeżego, coś niezwykle wciągającego. To ten rodzaj lektury, po której ma się ochotę rozpowiadać i polecać ją każdemu, rodzinie, przyjaciołom, czy nawet nieznajomym na ulicy. Jeśli więc zaczepię pewnego dnia kogoś z was i bez zupełnego sensu krzyknę, że koniecznie musicie przeczytać Dręczyciela Penelope Douglas, to bądźcie, proszę, wyrozumiali. To powieść, o której mogłabym gadać i gadać i nigdy nie byłoby dość. Jestem pewna, że sporo rzeczy tutaj pominę, więc skracając do minimum: jeśli chcesz poczuć, to co ja, ten huragan, wystarczy, że po prostu przeczytasz książkę. 

Bohaterowie skradli moje marne serducho, tak jak sama autorka, już na początku. Tate nie jest typową Mary Sue, nie jest jakąś bezbarwną cichą myszką, czy totalnie bezpłciową i irytującą dziewuchą. Jej postać, jak i wiele innych, nakreślona jest bardzo realistycznie, z uwagą. Nic nie jest proste, a jednak czytelnik z łatwością może ją zrozumieć i zechcieć stać się jej przyjacielem. Jared... koleś zagadka do samego końca. I, co baaardzo cenię we wszelakich powieściach, wciąż mamy te same postaci, nie tylko z nazwisk, ale i z duszy. Na kartach powieści widzimy zmiany, jakie w nich zachodzą, ale są stopniowe, bardzo precyzyjnie oddane, nie ma nielogicznych przeskoków z takiej w taką osobowość, jak to często bywa. Wiecie o czym mówię? Przyznajcie szczerze, w ilu powieściach na początku trafili wam się świetni bohaterowie, którzy z czasem przetransformowali się w ciepłe i nijakie kluchy? Tutaj mamy wszystko pięknie poprowadzone, Tate nie przeczy sama sobie, co dla mnie jest już niemal, przykrym, standardem w new adult. 

Penelope Douglas trzyma w napięciu do ostatnich stron. Jaką ta kobieta ma siłę sprawczą! Przez Dręczyciela przepłynęłam w stosunkowo ekspresowym tempie, jeśli o moim przypadku mowa, ale na koniec zaczynałam nabierać podejrzeń. Zostało bodajże 30-40 stron do końca, ja byłam usatysfakcjonowana, ale coś mi nie grało. Co miałoby się jeszcze wydarzyć? Coś ona knuje... Bywa, że autorzy faktycznie około tyle stron poświęcają na zejście napięcia i lekkie zakończenie. I już zaczynałam się przekonywać do takiego postawienia sprawy, kiedy BUM. Znowu to zrobiła. Ziemia usunęła mi się spod nóg, zaczęłam wątpić we wszystko i we wszystkich, jak histeryczka czytałam po kilka razy poprzednie zdania i zastanawiałam się jak mogło do tego dojść. No way! Halo, policja, co to ma być?! Chyba przeżyłam nawet lekkie załamanie nerwowe. I wtedy jeszcze bardziej chciałam poznać prawdę, dobrnąć do końca, miałam nadzieję, że autorka nie przerwie tego, co zaczęła i wszystko się wyjaśni... Meh! I can't even. Co ta kobieta robi z czytelnikiem, który na new adult ma nawet specjalnie zawieszoną poprzeczkę dwukrotnie wyżej niż przy innych gatunkach... 

Jak już byłam w stanie zapanować nad trzęsącymi się dłońmi poguglowałam trochę, chciałam się dowiedzieć, czy wiadomo już coś o kolejnym tomie, czy autorka zaczęła już prace na kontynuacją, bo na okładce Dręczyciela mamy wyraźnie napisane, że to seria, i przeżyłam kolejny szok. Książka miała premierę za granicą w 2013 roku. 4 LATA TEMU. Ja się pytam, jakim cudem przez tyle czasu nikt nie nabył do niej praw. Kochane Wydawnictwo Editio! Mam nadzieję, że szybko wydadzą kolejne tomy serii. Nie będę mówić o Colleen Hoover, bo jeśli dokładnie mnie śledzicie, to wiecie, że nie jestem jej fanką i nie rozumiem jej fenomenu. Może to kwestia dobrej promocji i dość popularnego wydawnictwa. Anyway, Penelope pisze po tysiąckroć lepiej i bardziej emocjonująco. Jeśli uwielbiacie Carinę Bartsch (Lato koloru wiśni, Zima koloru turkusu), K.A. Tucker (mi.n. Dziesięć płytkich oddechów) czy Elle Kennedy (seria Off-Campus) to zakochacie się w powieści Penelope Douglas. Dręczyciel to idealna pozycja dla takich, może nie antyfanów, ale sceptyków new adult jak ja. Piękna historia, przepiękne jej przedstawienie. Potrzebuję więcej. Jeśli szukacie pozycji, z którą oficjalnie wejdziecie z przytupem w nową porę roku, to to jest ideał.

Za książkę dziękuję Portalowi Papierowy Pies :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz