2/15/2017

Flower. Jak kwiat | recenzja premierowa





Tytuł: ,,Flower. Jak kwiat”
Autor:  Elizabeth Craft, Shea Olsen
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: 15.02.2017
Ilość stron: 320




Decyzja o przeczytaniu powieści zapadła lekko i spontanicznie. I, samo ciśnie się na myśl po lekturze, wcale nie przypadkowo. Tak jakby książka wiedziała kiedy i w jakim miejscu ma się pojawić, jakby sama była jakąś istotą myślącą, planującą, komu by tu jutro zrobić niespodziankę. Spryciula okropna, bo tak okręciła mnie sobie wokół palca, że mimo świadomości jej wad, nie potrafię nie myśleć o niej ciepło. Bo chociaż do ideału jej daleko, to ma w sobie właśnie to magnetyzujące "coś".

Ale zacznijmy od początku. Charlotte postanowiła sobie, że będzie pilnie się uczyć, dostanie się na wybrany uniwersytet, zdobędzie wykształcenie i dobrze płatną pracę. Przy czym w każdym podpunkcie jej życia obowiązuje zasada "zero randek". Nie chodzi o to, że Charlotte jest wypraną z uczuć i emocji marionetką, nie, nie, nie, wręcz przeciwnie. Tylko, jakby przyjrzeć się rodzinie osiemnastolatki można dojść do wniosku, że ciąży na niej jakaś klątwa, a przynajmniej wyjątkowe niepowodzenie. Babcia dziewczyny zaszła w ciążę w wieku bodajże siedemnastu lat, ze względu na panujące ówcześnie "zasady moralne" ojciec dziecka się z nią ożenił, niemniej jednak za długo przy niej nie wysiedział i najzwyczajniej w świecie zwiał. Córka babci (tj mama naszej bohaterki) też była bardzo... kochliwą osobą. Przed 18stką urodziła starszą siostrę Charlotte, a jakiś czas później (oczywiście przy "pomocy" zupełnie innego faceta) samą Char. A żeby tradycji stało się zadość, to i siostra Char musiała wpaść. Brzmi zabawnie? Cóż, nie dla tej rodziny. Obecnie sytuacja wygląda tak, że pod jednym dachem mieszkają dwie siostry (w tym jedna z synkiem) z babcią. Matka zmarła przed laty w wypadku, spowodowanym m.in. przez używki. 

Charlotte można właściwie nagrodzić - dotrwała do 18-stki bez dziecka. Śmiechu śmiechu, ale dziewczyna naprawdę jest zdeterminowana przez rodzinną historię, by unikać chłopaków. Do czasu, aż jeden sam się napatoczy. Charlotte trzy razy w tygodniu dorabia po szkole w kwiaciarni. Pewnego dnia wchodzi do niej klient, który zdaje się nie wiedzieć, czego w ogóle chce. Wywiązuje się gadka szmatka, Charlotte pomaga rzekomemu Tate'owi w doborze bukietu. Nic nie wzbudziłoby podejrzeń, gdyby owe kwiaty nie trafiły kolejnego dnia w szkole do rąk dziewczyny. I tak, niby banalnie, zaczyna się znajomość. Z tymże nasz Kopciuszek nie zna prawdziwej tożsamości księcia.

Fabularnie ta powieść brzmi tak zwyczajnie, banalnie, lekko. Ale ma w sobie coś tak przejmującego, że nie potrafię na nią narzekać. Tak, ma pewne braki, z chęcią przeczytałabym jeszcze przynajmniej 100 stron więcej i może wolałabym, żeby niektóre sprawy potoczyły się inaczej. Więc dlaczego, kiedy myślę o Flower uśmiecham się jak głupia? Mimo wszystkich niedociągnięć jest w tej powieści coś magicznego, coś podnoszącego na duchu. Jakieś czyste piękno. I przy napisach na okładce i w treści mamy wspomniane nawiązanie do  baśni o Kopciuszku, ale to nie jest tak, że powieść budowana jest na tym schemacie, raczej jest ironiczne przywołanie jej przez Charlotte. Gdzieś w tych wszystkich cukierkowościach i brutalności (bo nie można przy Flower zdecydować się na jedno) widać realizm, w pewnym momencie po prostu zaczęłam wyobrażać sobie fabułę w formie serialu, czy chociaż filmu. I przyznaję, że gdyby nadarzyła się taka okazja film mógłby fajnie umilić popołudnie.

Nie wiem nawet dlaczego tak majaczę o tej powieści, zwalcie to na obecną chorobę (która i tak była na tyle miła, że zostawiła mi resztki sił na napisanie tej recenzji dziś, choć w planach miała ona być przedpremierowo). Tylko... to była miła lektura w ten bardzo ciepły sposób, chociaż nie obyło się bez dramatów i to takich, że nie byłam pewna, czy zakończą się szczęśliwie. Mimo że powieść teoretycznie jest lekka i schematyczna, to nieraz miałam książkowy zawał i zamartwiałam się, co to teraz będzie. Duet Craft i Olsen radzi sobie na tyle ciekawie, że z wielką chęcią sięgnę po kolejną wspólną powieść tych pań. A nadmienię, że zazwyczaj mam jakąś awersję do duetów w literaturze.

Flower. Jak kwiat to ciekawa opcja i na te (już po-) walentynkowe dni i na dni coraz bardziej wiosenne. Tak jak wiele powieści poleca się na zimę, co by miały rozgrzać czytelnika, tak ta zdecydowanie nadaje się na wiosnę, przedwiośnie. Bo jej potrzeba słońca, trochę nadziei, a przede wszystkim dużo czytelniczej uwagi.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu. :)

Znalezione obrazy dla zapytania literackie wyd





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz