1/13/2017

Hygge. Klucz do szczęścia | recenzja




Tytuł: „Hygge. Klucz do szczęścia
Autor: Meik Wiking
Wydawca: Wydawnictwo Czarna Owca
Data premiery: 09.11.2016
Ilość stron:  288


Dość długo zbierałam się za recenzję tej pozycji, jak na moje standardy. Można powiedzieć, że delikatnie zaczęłam ją czytać przez święta, ale dopiero po nich wróciłam na dobre do "rutyny książkowej" i błogiej lektury. To, co zaserwowało mi Hygge ... tego nie da się opisać słowami. Tak samo jak nie da się przetłumaczyć "hygge" - to trzeba poczuć. Piszę kolejne zdania recenzji i co raz to wykreślam je, staram się ułożyć nowe. Ale chociaż to będą już prawie dwa tygodnie, jak przeczytałam książkę Wikinga, nadal czuję te niesamowicie trudne do opisania emocje. Powiedziałabym, że to jedna z najlepszych książek ubiegłego roku, gdyby nie fakt, że większą jej część przeczytałam już w pierwszych dniach 2017-ego. Zatem możecie się jej spodziewać w best of the best of 2017. Bo choćby nie wiadomo ile pojawi się cudownych powieści w tym roku, Hygge jest inne, jest wyjątkowe.

Podejrzewam, że pasowałoby tutaj zacząć od krótkiego wyjaśnienia czym jest "hygge". To jest swego rodzaju sposób życia [Duńczyków, ale oczywiście inni też go praktykują, czasami nie zdając sobie nawet z tego sprawy], swoista mentalność. Im bardziej coś jest abstrakcyjne, tym ciężej ubrać to w słowa, zgadza się? Tak jest i z "hygge". To "skupisko" zdarzeń, emocji, odczuć. To momenty. Wyobraź sobie, że wracasz do domu wieczorem, po długim spacerze czy wyczerpującej przebieżce mroźną zimą. Wchodzisz do ciepłego domu, chwytasz w ręce kubek gorącej herbaty i siadasz przed kominkiem. Pijesz, czujesz ciepło. Czujesz hygge. Hygge to nie szczęście, ale szczęście zawiera się w hygge. Bo na nie składa się też poczucie bezpieczeństwa, satysfakcji, zadowolenie, radość, bliscy nam ludzie i masa innych rzeczy. Hygge to takie zaprzeczenie dzisiejszemu konsumpcjonizmowi. To radość z małych rzeczy, to czerpanie szczęścia z najdrobniejszych chwil, z największych banałów. To umiejętność doceniania tego, co się ma. 

I pozwólcie, że na tym skończę, bo gdybym tak ciągnęła, to skończyć by się mogło jak u Wikinga, na książce. Meik Wiking, dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze właśnie to robi w Hygge, próbuje jak najlepiej opisać, zobrazować czytelnikom czym jest tytułowy "klucz do szczęścia". I z głębi serca wam powiem, robi to niesamowicie. To nie jest nudny poradnik z suchymi faktami. Przepełniony jest ciepłem, prostotą, harmonią duszy. Podobało mi się przywoływanie osobistych przeżyć autora, tego jak on doświadcza hygge, jakie momenty najbardziej zapadły mu w pamięć. Spodobało mi się ukazanie różnych zagadnień, poprowadzenie książki wieloma torami. A to jak wiele w hygge odgrywają ludzie, a to jak można mieć hygge w każdym miejscu i o każdej porze roku, jakie ubrania są hyggelige, co z hygge mają w sobie lampy czy dlaczego tak wiele ludzi w Danii uwielbia świeczki. Dodatkowo mamy masę świetnych, klimatycznych zdjęć, ale w książce zachowana jest równowaga. To nie tysiąc zdjęć z krótkimi opisami. To istna harmonia. Trochę zdjęć, trochę grafik, zestawień, wyników ankiet, ale przede wszystkim - to słowa. 

Zostałam pozytywnie zaskoczona i myślę, że ta książka trafiła do mnie idealnie w porę. Od dziecka uwielbiałam Skandynawię, szczególnie Norwegię (na co spory wpływ miała moja sytuacja rodzinna). Ale dopiero jakiś rok temu uświadomiłam sobie, że to stanowi nieodłączną część mnie samej. To nie jest po prostu sympatia do Północy, ale coś z czym bez chwili wahania związałabym swoją przyszłość. Właściwie, kiedy już sobie to uświadomiłam, to takie zmiany nastąpiły, kompletny obrót z biolchemu na filologię norweską, czy coś pokrewnego, jeśli z nią się nie uda. Ale tony śniegu, kiedy w małej chatce w głębi lasu pali się drewno? Zapachy, świeże powietrze i to traktowanie obcych sobie ludzi z ogromną życzliwością.

Nie jestem osobą, która w co rusz to nowym towarzystwie lubi się obracać, którą ciągnie do wielkich miast, do wyścigów szczurów. Nie chodzi nawet o upodobania, tylko o mój charakter. Ja się mogę zaszyć na odludzi w miłym miejscu, słysząc każdy najdelikatniejszy oddech przyrody i przewracane kartki. I Hygge. Klucz do szczęścia mi to przypomniało, dogłębnie uświadomiło. A świadomość własnej osoby, nie chwilowe zauroczenia czymś, nie przelotne zainteresowania, to coś, czego myślę poszukuje każdy, zwłaszcza osoby w moim wieku, będące na końcówce szkoły średniej i nie mające pojęcia, co robić dalej. 

Z początku moją uwagę bardziej przykuło "to drugie" Hygge, od Marie Tourell Søderberg. Większy format, granatowa okładka, miejscami laminowana. Książkę zobaczyłam na żywo, więc też inaczej ją odebrałam niż internetową grafikę Hygge Wikinga. Ale kiedy pozycję Wikinga dostałam do rąk, kiedy zaczęłam przeglądać pobieżnie, już wtedy poczułam do niej większą sympatię. Poza tym, z tego co słyszałam to Søderberg zaprezentowała niemal książkę kucharską, a Wiking znalazł idealny złoty środek. 

Książka mniejsza niż przeciętne, przez to jakoś tak milej trzyma się ją w dłoniach, ale to subiektywna opinia. Ale przede wszystkim z fantastycznymi tekstami, fantastyczną grafiką. Jestem nią absolutnie oczarowana i jeśli ktoś jeszcze się waha, to w tej właśnie chwili powinien ją zamówić. Bo nawet jeśli hygge jest mu obce, to dostrzeże tam proste, ale ważne aspekty życia. Nie pieniądze, nie zawrotna kariera. A to, co głębiej.


Za książkę dziękuję Księgarni Matras



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz