1/23/2017

Bez szans | recenzja przedpremierowa



Tytuł: „Bez szans
Autor: Mia Sheridan
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Data premiery: 01.02.2016
Ilość stron: ok 330



Niektóre książki są tak słabe, że trzeba dłuższej chwili, żeby udało się wydusić z siebie choć krótką opinię. Są też takie, które sprawiają, że brak nam powietrza, gardło zaciska się z nieopisanych emocji, a w głowie szumi tak bardzo, krąży tyle myśli, że nie wiadomo, której dać ujście głosem jako pierwszej. Najnowsza powieść Mii Sheridan, Bez szans, zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Zdecydowanie nie spodziewałam się czegoś takiego. Bez słów jakoś nie do końca przypadło mi do gustu. Bez winy mi się spodobało, ale była to taka troszkę smutnawa, trochę wzruszająco zabawna pozycja. Ale przy Bez szans autorka przeholowała całkowicie. Sama się sobie dziwię, że mnie nie zmiotło, że nie schowałam się owinięta kocem w kącie, kołysząc się rozpaczliwie w przód, w tył. Bo to było takie mocne. Bo to było tak dobre.

Jeśli myślicie, że to kolejna typowa powieść z romansem, zmieńcie nastawienie już teraz, bo możecie się mocno przerazić. To nie jest słodka, płaczliwa i mdła książka. To opowieść o brutalnej, przerażającej rzeczywistości z jaką przyszło się zmierzyć Kylandowi i Tenleigh. Oboje dorastali w dzielnicy biedy i skrajnego ubóstwa. Dzielnicy, phi! To brzmi, jakby to było jakieś cywilizowane miejsce. Skraj miasteczka, Appalachy. Miejsce, gdzie ludzie żyli w starych ruderach, rozpaczliwie wołających o remont, w przyczepach. Bieda była powszechna, brakowało miejsc pracy, a i ci, którzy ją mieli nie dostawali więcej niż najniższą możliwą stawkę. Tenleigh mieszkała w przyczepie razem ze starszą siostrą, Marlo, i matką chorą psychicznie (tj depresja). Ojciec zostawił rodzinę, kiedy Ten miała zaledwie parę dni. Dziewczyna pilnie się uczyła, myśląc o tym, by w przyszłości wyrwać z tej dziury siostrę i matkę, zapewnić tej drugiej porządnego lekarza. Kiedy tylko mogła pracowała dorywczo. Marlo pracowała na pełen etat w barze, a mimo to nieraz brakowało im jedzenia, większa część zarobków szła na leki matki. Kyland też nie pławił się w luksusach. Jedyne, co mu zostało po wybuchu w kopalni węgla przed paroma latami, w której stracił ojca i starszego brata, to zrupieciały dom i matka, do której mógł mówić z takim samym skutkiem, jakby rozmawiał ze ścianą. Całe cztery lata liceum Ky i Ten czekali na jeden dzień, walczyli o jeden papier. O stypendium gwarantujące bezpłatne studia, akademik i wyżywienie. O szansę na lepsze życie. Akceptowali strzępki życia, mając nadzieję na ucieczkę z miasta, uleczenie swojej duszy i rozpoczęcie nowego, lepszego życia. Nigdy by nie przypuszczali, że w ich sytuacji pojawi się ktoś, pojawi się coś, co całkowicie poprzestawia im priorytety.

Mogłabym opowiadać o tej powieści i opowiadać. Zachwycać się, wspominać łzy. To nie jest po prostu książka, która ma na celu zrobienie z ciebie kluchy. To nie coś nad czym popłaczesz, czego poszkodujesz i ruszysz dalej. To, mimo wszelkich zaskoczeń, jedna z głębszych książek, jakie dane mi było poznać, nie tylko z new adult, ale w ogóle. Sama jestem w szoku, możecie mi wierzyć. Bez szans pokazuje to, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze, przypomina wartości, o które prawdziwie trzeba walczyć z całych sił. I robi to w zapierającej dech scenerii. Autorzy książek przyzwyczaili nas do luksusów, a my, czytelnicy, tak naprawdę im na to pozwoliliśmy. Pozwoliliśmy na dawanie nam nieskazitelnych wizualnie bohaterów, może poszkodowanych, ale tak naprawdę wcale, ani trochę prawdziwie poturbowanych przez życie. Ze skazami, które, jak nam wmawiano, stanowiły cierpienie. Zestawcie, proszę, dowolną parę new adult, dowolną, z Kylandem i Tenleigh i wykonajcie czysto chłodne porównanie (oczywiście po przeczytaniu Bez szans) i powiedzcie kto miał ciężej. Komu naprawdę można współczuć. Jestem pod wrażeniem obrazu biedy, nakreślonego przez autorkę. Taki realny, tak boleśnie prawdziwy. Kyland i Ten nie mają takiego życia, że smutek, rozpacz i bieda to zepsucie telefonu i brak kasy na nowego ajfona. To nie tego rodzaju problemy. Oni czasami dniami nie mają co do ust włożyć, nie mają jak ogrzać prowizorycznych schronień, które są dla nich domem. Przebywają do szkoły dziennie w jedną stronę na piechotę dziesięć kilometrów. W zimnie, chłodzie, nieszczelnych butach, starych, wychodzonych ubraniach. Oni walczą o przetrwanie. Nie zaprzątają ich głów myśli, w co się dzisiaj ubrać, czy co zrobić na obiad, tylko, czy ubranie jest wystarczająco poprawne, by jeszcze nadawało się do użytku i z czego zrobić obiad. A mimo wszystko walczą o lepszą przyszłość, uczą się, zakuwają i robią wszystko, by wyjść z piekła.

Chciałam autorce złożyć najserdeczniejsze podziękowania, że kiedy trzeba, przypomniała mi o najważniejszych rzeczach, i o uporze, poświęceniu samego siebie dla ukochanej osoby. O oddaniu, wytrwałości w najstraszniejszych koszmarach, jeśli choć trochę poprawić mają one byt bliskich. To było po prostu... łał. Can't even. Kreacja głównych bohaterów świetna, może i drugoplanowi nie wnosili zbyt wiele, ale i oni byli potrzebni tej historii. To jest w gruncie rzeczy bardzo prosta powieść. Brak dodatkowych wątków, 95% jest skupione na Kylandzie i Ten, ale to wystarczy, jest w sam raz. Bo sens książki tkwi właśnie w tym, co dzieje się pomiędzy nimi. Jestem pod ogromnym wrażeniem i z pewnością nieraz powrócę do tej powieści. Prosta, niby nieskomplikowana, a jakoś dotychczas nie pojawiła się taka powieść, aż dziwne. Mia Sheridan potrafi doskonale ukazywać te emocje, które mamy tuż przed oczami, a nie chcemy przyznać się do ich obecności.

Za umożliwienie przedpremierowej lektury dziękuję serdecznie Wydawnictwu Otwarte :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz