11/12/2016

Kulturalny październik



Zeszły miesiąc upłynął mi nie tylko wśród książek. Pojawiło się sporo muzyki, kompletnie nieoczekiwanych seansów filmowych, wkręciłam się też w nowy serial. Słowem, działo się. Dni tak szybko płynęły, wydawało mi się, że czas przebiegał dosłownie jak piasek przez palce. Zbyt szybko. Wciąż ucieka weekend za weekendem, a ja nie mam pojęcia, jak to możliwe, że wszystko tak przyspieszyło. Mam mniej czasu na czytanie, więcej nauki w szkole, coraz mniej czasu na cokolwiek. To mnie przeraża, poważnie. Najgorsze jest to, że gdzieś w tym wszystkim rozminęłam się z regularnymi postami. Podejrzewam, że wszystko to zaczęło się, kiedy w sierpniu byłam poza zasięgiem. Później jak wróciłam coś się działo, ale była to absolutnie szalona parabola. Albo było więcej postów w krótkim okresie czasu, albo przez więcej dni była całkowita cisza. Stosiki i zapowiedzi przestały pojawiać się w odpowiednich momentach lub nie było ich w ogóle. Ale najgorsze jest to, że nie wiem do końca jak temu zaradzić i boję się, że cały obecny rok szkolny taki będzie. Albo jeszcze bardziej ponury, bo im bliżej matur, tym pewnie więcej czasu będę spędzać przy podręcznikach niż przy rozrywkowych powieściach. Mam jednak nadzieję, że choćby ostatkiem sił, ale uda mi się utrzymać przy tym blogu, przy czytaniu, przy książkach. I nie tylko przy książkach. Jak to było w zeszłym miesiącu.

Jak już wiecie w ramach współpracy z Empik.com mam możliwość nie tylko przedstawiać Wam interesujące powieści, ale i ciekawe krążki muzyczne, czy też filmy. I bardzo mnie to cieszy, bo coraz częściej odczuwam potrzebę poszerzenia tematyki bloga. Dzisiaj pokażę Wam trzy pozycje [spośród wszystkich, oczywiście], które skupiły moją uwagę w październiku.

Na pierwszy ogień pójdzie Misiek w Nowym Jorku, bo nikt nie będzie krzyczeć na miśka, prawda? Nie wiem jak Wy, ale ja czasem lubię pooglądać coś spoza mojego ulubionego gatunkowo repertuaru. Zdarza mi się włączyć coś infantylnego, do bólu przewidywalnego, gdzie zakończenie znam jeszcze zanim wyświetlone zostaną nazwiska obsady. Czasami sięgam po bajki, na przykład takie, które oglądałam raz w dzieciństwie, a pamiętam z nich każdą kwestię. Albo takie zapomniane, na które nagle trafiłam ponownie. Czasami po prostu potrzebuje się czegoś innego, lekkiego, niestresującego. Myślę, że rozumiecie. Mam nadzieję. Tak też w natłoku absolutnie całego bajzlu pojawiła mi się w głowie impulsywna myśl, żeby pooglądać Miśka w Nowym Jorku. Krótko mówiąc, zabawa przednia. Ale o co chodzi? Otóż Arktyka jest w niebezpieczeństwie. W pewnym sensie. Pewien biznesman z Nowego Jorku postanawia zachęcić ludzi do zamieszkania na biegunie, chce wybudować potężne osiedla, rozkręcić centra handlowe. I bez jego inicjatywy po Arktyce kręci się coraz więcej turystów, coraz mniej przestrzeni mają zwierzęta, dla których biegun jest naturalnym środowiskiem. Kto zatem może się sprzeciwić chciwemu człowiekowi, jeśli nie pełen humoru zwierzak? Niedźwiedź polarny, nazywany Miśkiem, wraz z grupą lemingów wyrusza do Nowego Jorku, by zapobiec katastrofie. To jest naprawdę świetny film animowany dosłownie na obecne dni. Coraz więcej już świątecznych reklam, mikołaje czekoladowe w sklepach są już od dawna, a u niektórych nawet spadł śnieg. Co relaksującego pooglądać teraz, jeśli nie bajkę o zwierzakach z Arktyki? I nawet nie musicie zaciągać do niej młodszego rodzeństwa, a co to, już starsi nie mogą oglądać bajek? Zabawna, niezobowiązująca, pełna humoru. Może do łez się nie ubawicie, bo jest to tytuł nastawiony na młodszych odbiorców, fakt. Brak zagadek, morderstw, tajemnic, za to cała tona śmiechu i lekkości. Dzieciństwa. I właśnie dlatego zachęcam do pooglądania.


Teraz zrobi się trochę bardziej poważnie, bo przejdę do pierwszego z dwóch omawianych dzisiaj krążków. Jak wiecie, nie do końca jestem fanką muzyki popularnej. I żeby jakoś zawęzić pole, mam tutaj na myśli choćby Rihannę, Arianę Grande, Justina Biebera, czy co tam jeszcze za zaraza w Ameryce szaleje. Z przymrużeniem oka patrzę na wszelkie piski, zachwyty, omdlenia z radości. Czy jeśli sama przyznam, że nie znam nawet części nazwisk z zespołów, które słucham, to czeka mnie stos? Czy powinnam maniakalnie śledzić każdy ruch artysty, każdy tweet? W moim mniemaniu nie o to chodzi. Ja się skupiam na utworach, na tym, co wnoszą do świata muzyki, a nie czy autor pisał teksty w burdelu czy będąc bezdomnym, siedząc na środku ulicy czy w wannie. Tom Odell stał się znany, dzięki... Jeszcze raz. On był znany już wcześniej, odbiorcom muzyki swojego gatunku, po prostu świat popkultury usłyszał o nim za sprawą piosenki Another Love, które osiągnęła szczyty list przebojów w wielu krajach na świecie. Przyznaję, myślałam, że jest to kolejny produkt marketingu, że chłopak młody, to i fanki szybko się zlecą, jeśli w obrót przyjdzie ckliwszy kawałek. No nie. Coś mnie podkusiło, żeby posłuchać jego nowego krążka. I proszę, Wrong Crowd już przesłuchane. Teraz mogę powiedzieć, że to niezwykle ekscentryczny i oryginalny artysta. Podoba mi się sposób, w jaki przekazuje emocje, jak szczerze wszystko brzmi. Wrong Crowd to osobliwy album, czemu niebywały charakter nadaje wokal Toma. Trochę mnie zatkało, ale właśnie za to lubię takie muzyczne eksperymenty, bo mogę znaleźć coś wartego uwagi, coś co wbrew pozorom spodoba mi się. Jest coś niezwykle złożonego w prostocie jaką jest album Toma Odella. Spokój, odprężenie, ale jednocześnie masa emocji, wrażeń. Tak, Wrong Crowd to jest zdecydowanie coś wartego uwagi. Na jesień? Mhmm, i nie tylko!



I ostatni obiekt na dzisiaj, ale tutaj zachwytów nie będzie. Szczerze, Lana Del Rey to dla mnie kolejna z wymienionych w poprzednim akapicie osób. Mam co do niej dość sprzeczne odczucia, ale ostatecznie zostawiam jej wizerunek i koncentruję się na płycie, nie mnie oceniać jej osobowość, czy życie. Nie miałam specjalnej ochoty zabierać się do Honeymoon, zachęciła mnie tu raczej osoba trzecia. I powinnam wiedzieć, że już samo to to był błąd. Powinnam się domyślić, zaufać intuicji. Ale dałam się namówić, więc i odsłuchałam. Oprócz melancholijnego, charakterystycznego głosu piosenkarki nic nie przykuło mojej uwagi. Ani teksty piosenek nie były fantastyczne, ani muzyka, rytm nie sprawiły, że Honeymoon powinien trafić na listy bestsellerów. Fakt, poprzednie albumy artystki były bardziej komercyjne, bardziej nastawione na odbiorów Taylor Swift czy Seleny Gomez. Takie... pop. Ten krążek jest inny, ale niestety nie jest czymś, co przykuwa uwagę. Sama twórczość Lany jest specyficzna, ale tym razem nie obroniła się.



podziękowania za kulturalny październik dla  empik.com

Sklep internetowy empik.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz