10/29/2016

Harry Potter i Komnata Tajemnic [wydanie ilustrowane]




Tytuł: „Harry Potter i Komnata Tajemnic
Autor: J.K. Rowling
Wydawca: Media Rodzina
Data premiery: 04.10.2016
Ilość stron: 264


Nie mogę w to uwierzyć. Po prostu nie mogę. Czuję, że ledwie wczoraj miałam w rękach najmagiczniejsze ilustrowane wydanie Harry'ego Pottera, że dowiedziałam się, że przez kolejne siedem lat dziesiątego miesiąca roku wydawane będą kolejne tomy tego epickiego dzieła w nowej, kolorowej odsłonie. I co? I okazuje się, że rok już nam minął, a na półki księgarń zawitała już Komnata Tajemnic. Nie mam pojęcia kiedy umknęło mi te dwanaście miesięcy i jakim cudem w takim tempie. Właściwie to przez ten rok byłam całkiem zaczytana, a jak to mówią, w dobrym towarzystwie czas szybciej płynie, if u know what I mean... Zaszokowało mnie to trochę, ale, wiecie, cieszyłam się jak dziecko, które już straciło nadzieję, na przyjście listu z Hogwartu, kiedy sowa zastukała w okno. 

Jestem z tych potteromaniaków, którzy swoją przygodę ze światem magii zaczęli od ekranizacji. Najpierw dorwałam się do filmów, a dopiero jak podrosłam, jakoś końcem podstawówki wzięłam się za książki. Jestem z rocznika 98', to i nie byłam jedną z osób, które wyczekiwały premier kolejnych tomów Pottera o północy pod księgarnią, raczej biegałam wtedy z kuzynostwem i "wyrywałam" z wzajemnością włosy z głowy, bawiąc się w power rangers. Za to za każdym razem gdy rodzina zjeżdżała się do mojego wujka, gdzie i młodsze i starsze dzieciaki zafiksowane były na punkcie Harry'ego odpalało się dvd. A właściwie to z początku jeszcze vhs-y. Pamiętam, że jak już kuzyn zdobył drugi film to przepadłam całkowicie, jakoś podświadomie wiedziałam, że z tym uniwersum będę związana już do końca życia. Podczas jednego z wypadów na miasto w sklepie wyczaiłam Komnatę Tajemnic na kasecie, a że moje gusta podzielały i podzielają się po dziś dzień z gustami mojego taty, wyszliśmy z marketu zaopatrzeni w drugą  część ekranizacji. Jako że był to jedyny Potter, który posiadałam, a internet jeszcze dla mnie nie istniał, oglądałam Komnatę w kółko i w kółko i nigdy się nie nudziłam. Za to nabawiłam się problemu, z którym zmagam się do dziś. 

Pamiętacie te wielkie, owłosione pająki z milionem oczu i zębami ostrymi jak brzytwy? Cóż, ja to pamiętam. A moje dziecięce ja pamięta to jeszcze lepiej. Jeśli jest jakaś rzecz, która łączy mnie w Weasleyem, to właśnie jest to stosunek do pająków. Ogromne, paskudne...! Nah, szczerze, jakoś nie przeszkadza mi ta, delikatnie mówiąc, awersja, co prawdę dla wszystkich pajęczaków, które pojawią się choć w odległości stu metrów ode mnie nie kończy się to najlepiej, ale takie jest życie.

Tak czy inaczej, pająki w Potterze nie przeszkadzały mi, do czasu. Przy filmie mogłam jeszcze zasłonić oczy, przy książce jakoś blokować wyobraźnię na dany fragment, ale co z wersją ilustrowaną, gdzie chcesz przeczytać jednak te rozdziały, a tam te bestie! Z pozoru może to brzmieć zabawnie, ale kiedy te pająki nie chcą za nic zejść ze stron książki, a ty masz arachnofobię? Nie najciekawiej. Wiem, że dla większości ludzi to jest błahostka, ale ja to ja, takie dziwne osoby też istnieją. Koniec końców przeżyłam lekturę, ale nie obyło się bez nagłych skoków ciśnień.

Harry ma za sobą już rok w Hogwarcie. Rok temu ani by mu przez myśl nie przeszło, jak wspaniałe mogą go czekać przyjaźnie, przygody, mimo przykrego dzieciństwa. Mijają wakacje, pora na powrót do szkoły. Pomimo problemów ze strony Dursleyów Harry'emu udaje się wydostać z Privet Drive, jednak później razem z Ronem wpadają w kłopoty. Chłopcy spóźniają się na pociąg i jak ostatni szaleńcy decydują się pojechać, tudzież również polecieć, do szkoły samochodem Artura Weasleya, słynnym już dla zaznajomionych z serią Fordem Anglią. Kolejny rok przygód, odpałów, niebezpieczeństw. Istna magia, i to nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nic tylko się zachwycać!

A teraz jeszcze zachwyty nad wydaniem. Jim Kay - założę się, że jest czarodziejem, żaden mugol nie dałby rady tak oddać charakteru serii za pomocą obrazków. Po raz kolejny pokazał swój talent, ale, co dla mnie ważne, nie było przesady, zbyt wielu elementów, zbyt dużej fantazji, a jeszcze pod sugestywną co do tomu obwolutą kryje się tak urocza i delikatna okładka! Ale temu może przyjrzyjcie się sami! Dodam jeszcze tylko, że nawet jeśli strony nie posiadają obrazków, to nigdy nie są czyste, zawsze jest jakiś wzór, ale nie nachalny, co nie utrudnia czytania (nie to co pająki!). Czy nie mogło być wersji bez pająków? Na przykład z motylami?
















Piękne, prawda? Ten feniks!

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz