2/26/2016

Szklany Miecz



Tytuł: „Szklany Miecz
Autor: Victoria Aveyard
Wydawca: Moondrive/Otwarte
Data premiery: 17.02.2016
Ilość stron: 556


To już ponad rok, od kiedy rozpaczałam po przeczytaniu Czerwonej Królowej. Pamiętam, że zastanawiałam się, jak ja przeżyję te dwanaście miesięcy w oczekiwaniu na kontynuację. Byłam zła na siebie, że dałam się namówić na przeczytanie CK przedpremierowo, bo przez to dobrowolnie wydłużyłam sobie męki. Później małymi kroczkami z kaca pomogły mi wyjść inne książki, ale wciąż czekałam na Victorię. I powiem, że było warto. Tak jak przez zeszły rok emocje po pierwszym tomie stopniowo opadały, tak przy Szklanym Mieczu uderzyły na nowo ze zdwojoną siłą. Każdemu życzę tak pozytywnych odczuć przy kontynuacjach świetnie zapowiadających serię pierwszych tomach.
 
Po ucieczce rebeliantów z Archeonu i, można powiedzieć, spektakularnym zwycięstwie Mavena Mare dociera na Klin, wyspę, na której tak naprawdę zaczyna pojmować siłę i zasięg Szkarłatnej Gwardii. Ale pamięta też o jednym. Każdy może zdradzić każdego. Po wydarzeniach jakie rozegrały się w Czerwonej Królowej Mare nie jest w stanie zaryzykować i zaufać nawet najbliższym. Ma jednak obrany cel, którego nie uda się jej osiągnąć w pojedynkę. Mając u boku Farley, Kilorna, Cala czy swojego brata, Shade'a, zamierza odnaleźć pozostałych Nowych. Ludzi, którzy są i Czerwoni i Srebrni. Którzy mają krew czerwonych, a umiejętności tych drugich. Którzy są potężniejsi od obecnie dominujących Srebrnych. Mare chce skupić się na własnych planach, nie ważne, czy idą one w parze z planami dowódców Szkarłatnej Gwardii.

Właściwie to głównie wokół poszukiwań osób z nową krwią toczy się akcja. Choć nie ma tu może większej ilości zdarzeń, jak to było w CK, to emocji i wrażeń nie brakuje. Kiedy Mare została zdradzona przez Mavena, wykorzystana, jakoś się załamała. Dawna Mare już nie wróciła. A obecna ma wytyczone granice i poza nie nie wyściubia nawet nosa. Mimo wielu dowodów ze stron bliskich, znajomych, dziewczyna wciąż im nie wierzy. Najważniejsza jest dla niej lista Juliana, lista, na której Srebrny spisał Nowych. Maven także ją zna, dotarcie do Nowych jest zatem walką na czas. Młodszy książę już pokazał, że odziedziczył matczyną bezwzględność i spryt. I nie zawaha się zabić. 

Szklany Miecz to oszałamiająca kontynuacja, ale teraz, kiedy emocje opadły, muszę powiedzieć, że nie wszystko było takie idealne. Poczynając na bohaterach. Rozumiem, że Mare wiele przeszła, ale nie ona jedna. Czasami  zbyt uparcie chroniła się przed zdradą. Cierpiało przez to trochę osób, które mimo wszystko na nią liczyły. Była niczym uosobienie chłodnej kalkulacji. Rozumiem, bała się, że po raz kolejny ktoś ją oszuka, przez co ucierpi i ona, i wiele innych osób, ale dziewczyno! Chciało się krzyczeć, że przecież to ..., że on/a tego by nie zrobił/a. Taki to też miało efekt, że sama nie mogłam czytać spokojnie, bez palpitacji serca. Czego, żeby nikt mnie źle nie zrozumiał, nie zaliczam do negatywów, wręcz przeciwnie. Ciągłe uczucie niepokoju, uważanie na każde przeczytanie zdanie i trzymanie się neutralnego pola, nie opowiadanie się po żadnej ze stron, w razie gdyby okazała się ona pomyłką. Wywołanie zamętu się autorce udało.

Tak, wiem, że Maven to "ten zły". Ale mimo wszystko chciałabym, żeby było go trochę więcej, w końcu przez większość Czerwonej Królowej to właśnie on był moim ulubionym bohaterem. W tej części niezaprzeczalnie najbardziej trzymałam sztamę z Calem. Choć i jemu autorka jakoś nadzwyczajnie dużo wagi też nie poświęciła, to z pewnością dzięki kontynuacji możemy bliżej poznać prawowitego następcę tronu. Książki Victorii Aveyard mają jednak to do siebie, że niczego nie można zakładać, niczego nie można być pewnym i o niczym wszystkiego się nie dowiadujemy, wciąż są niedopowiedzenia, tajemnice.

Co mnie irytowało? To, że mantra Czerwoni niczym świt była tyle razy powtarzana przez główną bohaterkę, że z czasem Mare zaczęła się wydawać szalona, jakby nic do niej nie docierało. Że Mare tak się czepiła Mavena jakiego ona znała, ile to razy powtarzała, że zastanawia się czy tamten Maven gdzieś w młodym księciu jeszcze jest i czy w ogóle kiedykolwiek był... Czemu tak wywlekam słabe strony? Po pierwsze, to oczywiste, chcę Wam wszystko jak najlepiej nakreślić, żebyście wiedzieli czego się spodziewać. Po drugie, żebym bez wyrzutów mogła już zacząć zachwalać tę diabelnie czarującą pozycję!

Dostajemy sporo [N]nowych bohaterów, niektórych mniej, innych bardziej wyrazistych, jednak wypełniających "luki" po Srebrnych z CK. Mamy też cudowne OTP, nawet dwa! Relacja Mare i Cala nie należy do bajkowych, szczerze mówiąc, bałam się, co z nimi będzie, po tym, co działo się pod koniec CK, po tym jak okropnie musiał się czuć Cal. Jakby Mare postąpiła z nim tak, jak z nią Maven. Uspokajam tych, którzy liczą na ich "momenty". A przynajmniej częściowo. Mogłoby być ich więcej, to pewne, ale i tak byłam dumna z Mare, że jednak już otworzyła swoje serce, zrzuciła żelazne kajdany i pozwoliła sobie na uczucia, nawet jeśli sama nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Zwłaszcza druga połowa książki - mocno na plus! O końcówce to już w ogóle szkoda mówić. Myślałam, że Mare znowu popełni ten sam błąd, że będzie uparta jak osioł, ale, uh!, słonko, jestem z ciebie dumna. Niemal skakałam z radości po pokoju; nieważne, że chwilę później dochodziło do tragedii, w końcu pojawiło się to światełko nadziei!

Po raz kolejny zauważyłam też podobieństwa do Igrzysk Śmierci, ale z tym też na spokojnie, to były subtelne szczegóły, może jestem zwyczajnie wyczulona na podobieństwa do IŚ przy dystopiach. To co się działo z głównymi bohaterami jakoś w drugiej połowie przypominało mi Peetę i Katniss. [Jestem niemal pewna, że się zejdą!] Przeszli sporo złego, mogą zaprzeczać, ale znają się na sobie najlepiej. [I. Tak bardzo. Kibicuję im.] 

Zaczęłam się przyzwyczajać już, że autorka prawdziwe bomby zostawia na końcówki. I, na wszystkie biblioteki świata, nie obywa się wtedy bez krzyków. Samo zakończenie zasługuje na literackiego Nobla. Chcę zobaczyć ekranizację serii, ale ze scenariuszem pisanym przez autorkę. Ona to potrafi podkręcić temperaturę. Cieszę się, że nie zabrakło luźniejszych sytuacji, że Aveyard nie goniła na łeb, na szyję, bez chwili wytchnienia. Ale jeśli dalej zamierza  t a k  pisać, to powinna wydawać książki z maksymalnie kilkudniowym odstępem.

Brak mi słów; to nie jest jakaś lekka dystopia. To ogromna dawka emocji, od wzburzenia, przez niepewność, gniew, strach, radość. To zaraza, która nie daje spać i w trakcie czytania, i jeszcze bardziej po. A jedynym panaceum jest tom #3.

9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Moondrive! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz