12/29/2015

Malfetto. Mroczne piętno





Tytuł: „Malfetto. Mroczne piętno
Autor: Marie Lu
Wydawca: Zielona Sowa
Data premiery: 22.04.2015
Ilość stron: 381

Każdego dnia na świecie wychodzi kolejna książka. Każdej godziny setki nowych pozycji witają się z czytelnikami. Nawet teraz gdzieś tam drukuje się coś nowego, książkowego. A doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny. Wraz z takim przyrostem świetnie zapowiadających się pozycji przychodzi do głowy myśl, że szkoda czasu na te średnie książki, skoro brakuje go nawet na perełki. A co z nowymi seriami autorów, których przy pierwszym poznaniu uznano za średnich? Warto zawracać sobie nimi głowę? W tym przypadku – jak najbardziej.

Choć Marie Lu zdobyła serca czytelników na całym świecie trylogią Legenda, nie każdego mola książkowego pisarka owinęła sobie wokół palca, czego żywym dowodem jestem ja sama. Legenda wydała mi się powielaniem schematów, nie wnosiła nic oryginalnego do gatunku, postacie były przerysowane, a całości brakowało ikry. Po Malfetto z oczywistych względów sięgać nie zamierzałam, nie potrzebowałam kolejnego pseudohitu, który okazałby się tylko stratą czasu. A jednak coś ciągnęło, ciągnęło, ciągnęło… i przyciągnęło.

Adelina Amouteru zawsze chciała, żeby ojciec traktował ją tak, jak jej młodszą siostrę Violettę. By kupował jej piękne suknie, dbał o nią, uśmiechał do niej i starał się zapewniać jej jak najlepszy humor, co wiązało się z wyszukiwaniem kandydatów na męża. Siostry różni jeden zasadniczy fakt. Adelina jest malfetto, dziewczyną, którą przed laty dotknęła zaraza. W efekcie czego ma, między innymi, nienaturalny srebrny kolor włosów, praktycznie niewidoczne rzęsy i straciła jedno oko. Osoby takie, jak ona społeczeństwo traktuje jak skazę ludzkości, wynaturzenie. Nikt nie spodziewa się, że Adelina kryje w sobie coś jeszcze, coś tajemniczego, a zarazem mrocznego. Ona również nie.

Korzystając ze swoich „pięciu minut” w świecie literatury, Marie Lu serwuje czytelnikom kolejną powieść, co więcej, niezwykle udaną. To, co na początku rzuca się w oczy, to znaczna poprawa stylu autorki w stosunku do wcześniejszych powieści. Intrygujący początek wabi czytelników, którzy dobrowolnie zaplątują się w zastawione sidła. Historia Adeliny jest bardzo dobrze przedstawiona, brak w niej chaosu, Lu doskonale wie, co ma napisać i widać, że jest tego pewna. Każda strona jest warta uwagi, każde, nawet najkrótsze wyrażenie jest w tej książce po coś. Nie znajdzie się tu bzdurnych frazesów ani „wypełniaczy”, które tylko dodają książce objętości.

Ciężko się nie przerazić po skończeniu Malfetto. Powieść do tego stopnia przejmuje nad czytelnikiem kontrolę, że nawet po lekturze zdaje się na niego oddziaływać. Nie ma chwili, by się o niej nie myślało, nie ma momentu bez zastanawiania się, co też autorka skrywa, a co być może ukaże się w kontynuacji. I dlaczego, na wszystkie zastępy sennych baranków, trzeba czekać na nią tak długo? Czysta fascynacja, można powiedzieć, że nawet obsesja – to i wiele innych emocji czeka przy Malfetto.

Nie mogę wyjść z podziwu, oto wreszcie zaczyna się coś dziać, coś genialnego. Świat Malfetto przywodzi na myśl renesansowe Włochy. Statki kupieckie, królestwa, książęta... Zdaje się, że niektórzy pisarze, którzy zabierają się za kreowanie własnych rzeczywistości, zapominają, jak wielką daje im to moc, jak mogą zaszokować czytelnika ciekawostkami, niebanalnymi szczegółami. Marie Lu dobrze wykorzystała ten atut: nowe krainy, państwa, nazwy własne, odmienny klimat, a także, co bardzo cieszy czytelnika – dołączona do lektury mapka.

Słodzić autorom nie lubię. To nawet nie wychodzi im na dobre, bo zadaniem czytelnika i recenzenta jest też pomaganie w dopracowywaniu stylu, wskazując pisarzom, co poszło nie tak. Ale, szczerze powiedziawszy, nie potrafię znaleźć żadnej uwagi, przynajmniej nie na daną chwilę (kiedy jeszcze dobrze nie ochłonęłam po lekturze).

Marie Lu nie boi się wstawić do swojej nowej trylogii mroku. I to sporej jego dawki. Bohaterom się nie przelewa i nie jest to tylko czcze gadanie. Coś, na co mało który autor by się odważył – Lu zasiała w sercu Adeliny ciemność. Odczuwalną. Nie ma tu podziału na dobrych i złych bohaterów. W każdym czai się zło. Każdy może zdradzić i nikt nie jest nieśmiertelny.

Nad Malfetto można by się rozpływać godzinami. Fantastyczna, mroczna lektura, zapuszczająca korzenie w sercach i umysłach czytelników. Oderwanie się od niej graniczy z cudem. To jest książka, dla której warto zarwać noc. To jest książka, na której kontynuację warto czekać. To jest książka, którą z dumą można postawić w swojej kolekcji książkowych skarbów.

10/10

Za książki dziękuję portalowi Gildia :) 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz