11/01/2015

Wyznania Randkowiczki



Tytuł: „Wyznania randkowiczki
Autor: Rosy Edwards
Wydawca: Zysk i S-ka
Data premiery: 28.09.2015
Ilość stron: 392


Czasami dobrze jest zrobić sobie przerwę od aniołów i demonów, zombiaków, kosmitów, czy wróżek. Wziąć się za coś zupełnie innego. Coś całkowicie normalnego, realistycznego. Takie z życia wzięte. I tak jakoś tym razem trafiłam na Wyznania randkowiczki. Oczekiwałam zabawnej historii o zabawnej kobiecie. Cóż, zobaczmy, co się działo.

Rosy Edwards jest rezolutną dwudziestokilkulatką. I singielką, jedyną w gronie swoich znajomych, przez co często się zdarza, że któreś z jej przyjaciół próbuje ją wyswatać. Chyba spotkała już każdy rodzaj "tego niechcianego". Za niski, za chudy, za gruby. Doszło do tego, że Rosy zaczęła, za namową przyjaciółki, randkować przez internet. Ale czy taka desperacja okaże się dobrym krokiem? Nie zapominajmy o tym, że Rosy oczywiście lubi bycie singielką i brak partnera jej nie przeszkadza. A przynajmniej do tego stara się wszystkich przekonać. Szczególnie samą siebie.

Nie wiem, w którym momencie zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ta książka nie jest tym, czego w tamtym momencie szukałam. Wiem tylko, że było to blisko samego początku. Zaczynając od samego stylu autorki; strasznie ciężko czytało mi się tę powieść. Kiedyś przeczytałam radę dla autorów, właściwie złotą zasadę: nie pakować do książki "wypełniaczy", bezsensownych, nic nie wnoszących frazesów. A to? Wyznania randkowiczki wydają mi się jednym wielkim "wypełniaczem". Masa informacji. Ale po co? Dużo mniej samej książki. A szkoda, bo mogło być naprawdę nieźle.

Kolejna sprawa, to że nie znalazłam bohatera, którego bym polubiła, czy choćby zapamiętała na dłużej. Mam wrażenie, że za miesiąc już nic nie będę pamiętać z tej książki. I te "przypadkowe" zbieżności. Dlaczego autorka nazwała główną bohaterkę swoim imieniem? Czy ktoś mógłby mi to wyjaśnić? Nie rozumiem tego zabiegu (zwłaszcza, że z tego, co wiem, wygląd również się pokrywa). Czyżby R. Edwards [autorka] miała jakieś kompleksy? Napisała pamiętnik, trochę podkoloryzowała, żeby nie było? Czuję się zdezorientowana.

Autorka nie popisała się ani wyobraźnią, ani językiem. Nie zaskoczyła mnie niczym, o czym nie czytałabym już wcześniej (a dużo książek przede mną). A taką miałam nadzieję, że z płynnością, naturalną lekkością dosłownie połknę tę książkę, a bohaterów pokocham. A oni? Bezpłciowi. Jasne, część książki naprawdę może się przydarzyć każdemu. Ale sposób w jaki przedstawiła to autorka jest komiczny. Czasami nudna, zwyczajna książka, jakich wiele, potrafi dostarczyć więcej emocji. Bo mimo, że treść nie najlepsza, to przynajmniej w miarę przyzwoicie jej twórca posługuje się słowami. Przed R. Edwards jeszcze sporo do poprawy.

Nie powiem, żebym mile wspominała tę książkę. To stek bzdur i kupka fabuły, która zresztą niespecjalnie się kleiła. Wymuszona? Tak? Sztuczna? A i owszem. Nie było nawet tej banalności, słodkiej, trochę żałosne, jak to bywa w przeciętnych książkach tego typu. Nie było niczego, co skłoniłoby mnie do dopingowania książce.

Ktoś chce przeczytać? Na własną odpowiedzialność.

4,5/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz