11/12/2015

Chodząca katastrofa



Tytuł: „Chodząca katastrofa
Autor: Jamie McGuire
Wydawca: Albatros
Data premiery: 05.08.2015
Ilość stron: 496


Kiedy rozniosła się wieść, że Jamie McGuire zdecydowała się napisać kolejną książkę, właściwie nieróżniącą się niczym od Pięknej katastrofy poza narratorem, aż ciężko było w to uwierzyć. Bo który autor z „czystej dobroci” skazywałby czytelników po raz kolejny na takie męki, jakie miały miejsce w przypadku pierwszego tomu? A może autorka jest sadystką ? Trudno znaleźć logiczny powód, dla którego zdecydowała się na powtórkę z rozgrywki.

Pisanie tej samej historii, ale z perspektywy drugiego bohatera, na przestrzeni ostatnich lat zrobiło się dość popularne. Ale grunt to nie podawać czytelnikom kolejny raz tego samego – autor powinien nadać powieści osobliwego charakteru, niech nie będzie ona beznadziejnym przykładem marnotrawstwa papieru! Najwyraźniej tutaj histeryczne nawoływania nie pomogły i nie dość, że Jamie McGuire po raz drugi wystawiła czytelników na spotkanie z jednymi z najbardziej irytujących bohaterów wszech czasów, to jeszcze nie wyciągnęła ani jednego wniosku z pracy nad poprzednim tomem. Znów rozczarowała, może tym razem nawet bardziej. A mówi się, że człowiek uczy się na błędach…

O fabule nie ma co się nawet rozpisywać. Przez dziewczynę swojego kuzyna Travis poznaje Abby, którą ni stąd, ni zowąd zaczyna traktować jak niewyobrażalny skarb. To zrozumiałe, że mężczyźni będący z pozoru twardzielami też czasem kryją w sobie sporo wrażliwości, ale, bądźmy realistami, wszystko po kolei. Gdzie tu logika? To tak, jakby pisarka zdecydowała się na pominięcie części książki, w której następuje stopniowy przełom w relacji głównych bohaterów, uznając ją za nic niewartą i sprawiając, że jej brak jeszcze wzmocnił poziom infantylności w powieści. 

Trzeba postawić zasadnicze pytania – jaki był cel autorki, co sobie myślała, decydując się na kontynuację losów Abby i Travisa? Po co to zrobiła? Godną emeryturę do końca życia temu, kto znajdzie wytłumaczenie. Nawet jeśli ma się do czynienia z tą samą historią, która jest przedstawiona z perspektywy innego bohatera, to raczej w grę wchodzą też nieznane fakty. Coś, co trzymałoby przy sobie czytelnika. Bo czy odgrzewany kotlet kogokolwiek interesuje? Najwidoczniej tak sądzi autorka Chodzącej katastrofy.

To nawet nie jest marnotrawstwo papieru. To, za przeproszeniem, czysta głupota ze strony Jamie McGuire. Na litość wszystkich bóstw – wnioski, poprawa,  w a r s z t a t. Czy coś pojawiło się w Chodzącej katastrofie? Otóż nie. Drugi tom był jeszcze bardziej infantylny niż pierwszy (o ile to w ogóle możliwe). Jedynym plusem może jest to, że to nie irytująca Abby siedzi tym razem w głowie czytelnika. 

Pomijając fakt, że książka mogłaby się zakończyć w trakcie czytania już kilka razy… Kiedy ma się do czynienia z zakończeniem, to zazwyczaj towarzyszą temu jakieś pozytywne emocje. Wzrastające napięcie, punkt kulminacyjny, cokolwiek. W Chodzącej katastrofie? Ulga, że to już koniec. I zażenowanie. 

Książka Jamie McGuire jest bardziej jak zlepek scenariuszy kilku odcinków taniego romansu niż powieść. I to nie wnoszący do literatury kompletnie nic. Na niektóre książki jednak szkoda czasu.

3/10

Za książkę dziękuję portalowi Gildia :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz