10/18/2015

Zima koloru turkusu



Tytuł: „Zima koloru turkusu
Autor: Carina Bartsch
Wydawca: Media Rodzina
Data premiery: 16.10.2015
Ilość stron: 452


Euforia, gdy natrafisz się na genialną książkę - niesamowite uczucie. Później, czekasz na kontynuację, masz nadzieję, że przynajmniej w połowie okaże się tak dobra, jak jej poprzedniczka. Próbujesz się też nastawić na awaryjną sytuację, tłumaczysz sobie, że fakt iż pierwsza okazała się papierowym cudem nie oznacza, że i druga taka będzie. Przecież wszystko się może zdarzyć. Czas płynie, może autor zmienił koncepcję, "zaktualizował" swój system wartości? Starasz się być gotowym na wszystko, ale jednocześnie wiesz, że stuprocentowe psychiczne przygotowanie się jest niemożliwe. Zwłaszcza, kiedy dostajesz coś takiego.

Coś mi się pokićkało, że premiera książki dopiero w przyszłym tygodniu. Ale nie narzekam, przynajmniej miałam świetną niespodziankę (opłacało się jechać pod wieczór kilka kilometrów na pocztę z awizo!). I co? Jak tylko dorwałam się do paczki, zaczęłam czytać. Wieczór, noc, trochę przerwy na sen... i rano byłam już na ostatniej stronie. O rany. Czuję się taka rozdarta pisząc tę recenzję. Jednocześnie mam ogromną ochotę podzielić się z Wami wrażeniami jak najprędzej, a z drugiej strony chcę ponownie zagłębić się w Zimę koloru turkusu, zwłaszcza, że leży teraz obok mnie i kusząco się na mnie gapi. Przeklęte turkusowe spojrzenia cynomonowłosego(?) dupka!

Wciąż jeszcze nie ochłonęłam po lekturze, a pisanie tego tekstu niczego mi nie ułatwia. Wręcz przeciwnie, wspomnienia ożywają z podwójną siłą i dosłownie mnie przygniatają i unoszą do góry w tym samym momencie. Jaka ta książka jest piękna.

Po pierwszym tomie miałam szczere wątpliwości, czy można stworzyć coś lepszego. Ile to już autorek spotkałam, które po fenomenalnym wstępie całkowicie położyły kontynuacje? Za dużo. Najwidoczniej Carina Bartsch o tym wiedziała, bo dostałam coś absolutnie, nieprzyzwoicie doskonałego.

Role w drugim tomie się odwracają (a przynajmniej na pewien okres czasu i to pod wpływem). Tym razem to Emely stara się dotrzeć do Elyasa. Po wyjeździe pod namioty, który uznała za przełom; kiedy to uświadomiła sobie, że jednak nie  będzie chyba skreślać Elyasa, ten zapada się pod ziemię. Chociaż odwiedzała Alex, a jej brat przez większość spotkań był obecny w domu, nie raczył wyjść z pokoju. A przecież dawny Elyas znalazłby jakąś głupią wymówkę, byleby tylko wtrącić się dziewczynom do rozmowy i podroczyć się z Emely. Nie wysyła durnych sms-ów, nie dzwoni w środku nocy. Jakby ktoś go podmienił. Emely w końcu nie wytrzymuje, kompletnie nie rozumie, dlaczego Elyas tak nagle dał jej spokój, i zamierza poważnie z nim porozmawiać na imprezie halloweenowej. W gruncie rzeczy wygląda to tak, że śledzi chłopaka po domu w którym odbywa się przyjęcie, a w ostatniej chwili odwraca się w przeciwnym kierunku. Dopóki nie wpada w tarasową pułapkę...

Wreszcie wydarzenia zaczynają wskazywać na to, że zbliżamy się do upragnionego. Wiecie co jest najlepsze? W książkach new adult (i nie tylko) - przeze mnie przeczytanych - w 80% przypadkach bohaterowie z biegiem czasu tracili swój charakter. Z początku było w porządku, nieźle zarysowane postacie, OK. Ale później? Im bliżej końca, tym bardziej tęczowo, wszyscy zlewali się w mdłą papkę i aż uśmiech się pojawiał na twarzy, gdy okazywało się, że to już koniec męczarni. Jedna z rzeczy, które w prozie Cariny Bartsch uwielbiam najbardziej - gdyby zamiast imion postacie miały numery (na początku historii), to wiedziałabym, kto jest kim w dalszej części bez żadnych wskazówek. Charaktery ewoluują, zmieniają się, to oczywiste, po tym, czego doświadczają. Ale ani Emely, ani Elyas, ani nikt z pozostałych postaci nie zamienia się w kogoś zupełnie innego. Nadal są sobą. Są bohaterami, których pokochaliśmy.

Wciąż śmiałam się co chwilę z docinek bohaterów, ich sposobu bycia. Było tak jak w przypadku pierwszej części, albo i jeszcze lepiej. Czasami zastanawiałam się, jak autorka postanowi wybrnąć z danych sytuacji, na myśl przychodziły mi dość oklepane i schematyczne rozwiązania. A ona tym czasem co rusz mnie zaskakiwała, a jednocześnie jej wykonanie było takie naturalne i tak bardzo elyasowoemely'owe! Później już wiedziałam, że faktycznie nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Co trzeba przyznać Carinie, ma doskonałe wyczucie czasu, co do sekundy! Mam wrażenie, że cała powieść jest przemyślana od początku do końca, każde zdanie wstawione po coś. I tak powinno być w każdej książce.

Zima koloru turkusu to arcydzieło wśród new adult. Nieprzeciętnie zabawna powieść z ogromną dozą emocji, rozbawiająca do łez i wzruszająca do granic. Aż się człowiek zastanawia, czy ona istnieje naprawdę, czy to halucynacje. Ale tak, tak, przecież co chwilę na nią zerkam! 

Urocza historia, jednocześnie porusza czytelnika, ale też fascynuje! Traci się dla niej głowę. Książka-pułapka. Nie zaczynajcie jej czytać przez ważnym wyjazdem, czy nieuwzględniającym spóźnień spotkaniem, bo książka Was nie wypuści. Sama tego doświadczyłam. Ja miałam szczęście, bo akurat w ostatniej możliwej chwili skończyłam czytać. Zima koloru turkusu nie zapyta Cię, czy chcesz zarwać noc. Po prostu nie da Ci odejść. Więc, czytanie w środku tygodnia - na własną odpowiedzialność. Chociaż biorąc pod uwagę jak nieziemska jest ta książka, pewnie sama zrobiłabym sobie wolne na dzień następny. Do mnie trafiła w weekend, nic nie musiałam przestawiać. Ale bez zastanawiania się zrobiłabym to, gdyby było trzeba. Ta książka warta jest gwiazd na niebie.

Jak to jest, że ciągle mi mało? Niemal 500 stron, a ja nie mogę się nią nasycić. Jestem z niej taka zadowolona, z autorki taka dumna! Książka wędruje na półkę honorową. Bezapelacyjnie. Czy będzie kolejna część? Nie wiadomo. Carina Bartsch zakończyła Zimę koloru turkusu w taki sposób, że nie zdziwiłabym się, gdyby kiedyś pojawiło się coś więcej. 

Pora kończyć te zachwyty i przejść do negatywnych punktów... a tak, nie ma ich. Nie zmieniłabym w książce ani jednej rzeczy. No może żeby trwała w nieskończoność.

Ps. To jest pozycja, której ekranizacje warto nagrywać! 

10/10 - nie może być inaczej

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz