8/16/2015

Lato koloru wiśni


Tytuł: „Lato koloru wiśni
Autor: Carina Bartsch
Wydawca: Media Rodzina
Data premiery: 17.06.2015
Ilość stron: 490

Ach, jak ja uwielbiam ten moment, kiedy okazuje się, że po pasmie książkowych nieudaczników, delikatnie mówiąc, niespodziewanie natrafiam na coś takiego. Coś, co zresztą nie od wczoraj leżało na mojej półce. Macie tu idealny przykład, że książka, która akurat jest tego warta, nie ma wyniosłych fragmentów recenzji na okładce. Wciąż nie mogę dopuścić do wiadomości istnej zbrodni - jak mogłam tak długo przetrzymywać książkę pośród innych egzemplarzy recenzenckich? Powinna mieć #1, bez względu na wszystkie zasady i wyższe konieczności.

Widzicie liczbę stron książki? To tak, wczoraj, późnym wieczorem naszła mnie ochota na czytanie. Ale wiecie, tak kilka stron. Skończyło się na tym, że dopiero po setce powiedziałam sobie stop (musiałam rano wcześnie wstać), a zrobiłam to z wielkim trudem. Dzisiaj, pomijając parę spraw, czytałam niemal bez przerwy, aż do popołudnia. Chciałam od razu zasiąść do pisania recenzji, ale uświadomiłam samą siebie, że muszę choć trochę ochłonąć. I, jej, co to jest za książka!

Od jakiegoś czasu ciągle narzekałam na główne bohaterki - nie bez powodów. A tutaj? Narzekać? Na Emely? W życiu! To chyba jedna z najfajniejszych bohaterek książkowych, na jakie kiedykolwiek natrafiłam (to samo tyczy się książki). Emely jest dwudziestotrzyletnią studentką literaturoznawstwa w Berlinie. Ma niezwykle cięty język, jest sarkastyczna, ale autorka tak świetnie ujmuje jej wypowiedzi, że nie wydaje się ona irytująca, czy przemądrzała, bez przesadyzmu. Po prostu, tak naturalnie zabawna i z charakterem, bez wymuszania czegokolwiek, co bardzo mi się spodobało. Może to duża doza podobieństw sprawiła, że tak polubiłam tę dziewczynę. Książki, zamiłowanie do kawy i samochodu '67 - tyle, że w przypadku Emely jest to Mustang GT Shelby, a nie Chevy Impala. Często też choleryzuje wszystko. 

Kiedy Emely zdecydowała się na studia w Berlinie, jej przyjaciółka, Alex, wybrała Monachium. Jednak z pomocą paru czynników Alex postanawia porzucić dotychczasowy kierunek i wybrać projektowanie w Berlinie. Do wyboru ma dwa uniwersytety, ale skoro na jednym studiuje jej przyjaciółka, nie ma nad czym się zastanawiać. Jako że w Berlinie studiuje także brat Alex, Elyas (co prawda na innym uniwersytecie, ale jednak), dziewczyna wprowadza się do jego mieszkania. Nie jest to po myśli Emely, która z Elyasem wiąże niezbyt przyjemne wspomnienia (wszyscy troje znają się od dziecka, dla uproszczenia) i choć teoretycznie Elyas i Emely mieszkają w tym samym mieście, to już od paru lat się nie widują. Jak po tym czasie wyglądać będzie pierwsze spotkanie tej dwójki? Ile minut wytrzymają bez wydrapywania sobie nawzajem oczu? A może gniew na Elyasa ostudzi jej niespodziewana znajomość z Luką?

To jest tak perfidnie idealna książka, że... tak, ciężko nawet dobrać słowa. Idealnie zaplanowana, bohaterowie tak świetnie wykreowani, że nie zdziwiłabym się, gdybym usłyszała ich z drugiego pokoju. Proporcje emocji, sytuacji, zaskoczeń - perfekcja. Polubiłam, co tam, p o k o c h a ł a m  zarówno głównych bohaterów - a prowadzącą narrację Emely szczególnie - jak i tych drugoplanowych. Dawno się tak nie uśmiałam przy książce, strzałki na zegarze nie wiadomo kiedy pokonywały kolejne godziny. I choć pozycja ma prawie 500 stron, to wciąż czuję niedosyt. I jak można w dodatku zakończyć w takim miejscu?! Przez autorkę pewnie będę teraz męczyć się z czytaniem drugiego tomu po niemiecku.

Intrygująca, rozweselająca, pełna naturalności, lekkości i trudnych przeżyć. A mimo to przy czytaniu nie ma się wrażenia ciężkości, czytelnik nie czuje się przytłoczony. Jeśli to jest debiut autorki (tak, Niemki) to rezerwuję sobie dozgonne prawo do czytania jej książek. Na tylnej stronie okładki jest zdanie zachęcające czytelników Love, Rosie, do przeczytania książki. Wydaje mi się, aa, jak szaleć, to szaleć,  jestem pewna, że wszystkich czytelnikom Cecilii Ahern książka przypadnie do gustu. Szczerze mówiąc, choć tę zachętę przeczytałam jakoś w trakcie lektury, to już od początku jako Elyasa wyobrażałam sobie Sama Claflina, czyli Alexa z ekranizacji Love, Rosie. Tak, być może recenzja zdaje się nieco chaotyczna, ale to tylko kolejny dowód, co ta książka wyczynia z człowiekiem. Ona nie zachwyca, ona miażdży. Z wielką chęcią zobaczyłabym Lato koloru wiśni na wielkim ekranie, mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie.

Choć z początku podchodziłam do książki z rezerwą, to bardzo szybko Carina Bartsch zawładnęła moim sercem. Pisała dosłownie to, co chciałam przeczytać, i jeszcze więcej. A niespodzianki, zwroty akcji? To wszystko dopełniło czary. 

Obszerność wizualna odtrącała mnie od książki, ale teraz nie jestem sobie wyobrazić jej bez choćby jednego słowa mniej. Pięknie, bajecznie, rewelacyjnie. To, że jestem dziewczyną, nie znaczy, że płaczę przy każdej okazji i uwielbiam słodkie zakończenia. Nie wiem jak autorka to zrobiła, ale błagam ją o sprzedanie tego sposobu innym autorom - tutaj nie ma kizi mizi, żadnych dziubasków i innych żałosności. To pełna werwy, ogromnej dawki emocji, uśmiechów książka, która zjedna sobie i wszystkich przeciwników gatunku. Jak się zacznie czytać, to trzeba skończyć. Nieprawdopodobne.

Szok i niedowierzanie? Gdyby ktoś mi powiedział, jak zareaguję na Lato koloru wiśni wybuchnęłabym śmiechem i zdzieliła go najbliższym przedmiotem w żebra. Ale to jest właśnie jedna z zalet powieści. Że jest zaskakująco dobra.

Zamierzasz sięgnąć po książkę? Ostrzegam, po lekturze możesz odczuć nagłą potrzebę wystawienia książce ołtarzyku.

10/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz