8/09/2015

Biorę sobie ciebie



Tytuł: „Biorę sobie ciebie
Autor: Eliza Kennedy
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data premiery: 09.06.2015
Ilość stron: 447


Jak uwolnić się od roztapiającego, zdaje się, wszechobecnego słońca? Ukrycie się  dzień - odpada, bądźmy szczerzy, nie ma takiego miejsca, do którego słońce by nie dotarło, a nocą ziemia odparowuje, wniosek - gorąco 24 na dobę. Właśnie w taką pogodę na gwałt potrzeba rozluźniającej książki, która odwróciłaby uwagę od wakacyjnego skwaru. Książki lekkiej, a równocześnie na tyle wciągającej, by przyjemnie spędzić dzień, nie martwiąc się jedynie tym, jak się przetrwa wysoką temperaturę, ale i tym, jak postąpią bohaterzy, jakie ścieżki wybiorą, jak się potoczą ich losy, co im przeszkodzi. Czy w tej lekturze właśnie to znalazłam? Nie do końca...

Zachęcająca okładka i kuszący opis nie równa się uśmiechniętemu czytelnikowi. Bo przecież tu chodzi o to, co w środku. A z tym było trochę gorzej. 

Lily, przebojowa pani mecenas z Nowego Jorku wkrótce ma wyjść za mąż. Co prawda pojawiają się wątpliwości, czy postępuje właściwie, ale zrzuca je na stres przedślubny. Zaręczona... a jednak wciąż prowadzi dawny styl życia - sypiając z wieloma mężczyznami. Nie widzi w tym problemu, chociaż, oczywiście, Willowi, swojemu narzeczonemu, o tym nie wspomina. Tak naprawdę sama chyba nie rozumie na czym małżeństwo polega. Ale czy to możliwe, kiedy posiada się ojca, zmieniającego partnerki (i żony) jak rękawiczki? Dręczące coś rusza do akcji, kiedy Lily wyrusza w rodzinne strony, by stanąć przed ołtarzem. W domu, w którym się wychowała czeka na nią jej babcia i matka. A właściwie matki. No, matka i macochy - część z nich. Mały sabat czarownic próbuje skłonić Lily do odwołania ślubu, twierdząc, że jest ona taka sama, jak jej ojciec i że tylko skrzywdzi Willa, który wydaje się być idealnym ideałem. Naturalnie - pozory mylą.

Pierwsze kłody pod nogami pojawiły się po pierwszych stronach, a tak szczerze, to chyba nawet po początkowych zdaniach. W skupieniu się na akcji, fabule wyjątkowo przeszkadzał mi styl autorki. Niby brałam pod uwagę fakt, iż jest to debiut, ale sądziłam, że skoro jest tak wychwalany, to chociaż po części powinnam być zadowolona. Zdania krótkie, jakby urywki, którym sama w myślach musiałam dopowiadać. Miałam wrażenie, że część scen została wymazana, za szybko, zupełnie nienaturalnie autorka przeskakiwała jednym zdaniem do innej sytuacji.

Pomijając irytujący styl autorki - bo cóż poradzić, i takie się zdarzają, natura człowieka po prostu, jedni tacy, inni... inni - czekałam na te fajerwerki, śmiech. I nie doczekałam się tego błyskotliwego, dowcipnego debiutu. Po raz kolejny, brak naturalności, szczególnie w postępowaniu bohaterów. Nierealność. A może zaćmienie umysłów postaci przez croatoan? Nie kupuję tego. Zamiast płynąć, musiałam uważać na każdy wir i głaz ostry jak brzytwa, by się nie zranić, by przeżyć. Przetrwać te 447 stron. Bohaterowie oszukiwali siebie nawzajem, co więcej, zaprzeczali samym sobie. Dość tego mętliku, ileż można?

Och, chciałam napisać, że książka przeciętna, ale wyszło, jak wyszło. Może to dobrze? Ale postaram się także znaleźć plusy. Może to: zanim podeszłam do lektury myślałam, że będzie to historia o tym, jak to Lily zostawia Willa dla innego Billa i żyją długo i szczęśliwie. A jednak się myliłam. I to mi się spodobało. Polubiłam też babcię Lily, prawniczkę na emeryturze, a także jej mamę, macochy Jane i Anę. A jak doszlifuje się styl, poprawi to i owo, to i może wyjść autorce dowcipna i błyskotliwa książka.

Póki co spasuję z Elizą Kennedy. Ale ja jestem dość niecierpliwa i nie potrafię wytrzymać z książkami nie dla mnie. Kto wie, może komuś się spodoba? Jestem skonfundowana. A jak odbierają książkę inni? Jak Ty odbierzesz? Odpowiedzi na to pytanie udzielić nie potrafię.

5/10

Za książkę dziękuję portalowi Interia360 :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz