6/30/2015

Kochając pana Danielsa


Tytuł: „Kochając pana Danielsa
Autor: Brittainy C. Cherry
Wydawca: Filia
Data premiery: 17.06.2015
Ilość stron: 424


Kolorowe okładki nie rzadko stanowią pokusę dla zagorzałych moli książkowych, zresztą jak i dla tych, którzy swoim tempem bratają się z literaturą. To prawda, że nie ocenia się książki po okładce, ale jeśli wydawnictwo rozpowszechnia jakąś książkę i posiada ona zniewalającą oprawę, to czy to nie skłania czytelników chociaż do zastanowienia się nad kupnem? Czy do samego przeczytania opisu? Piękne okładki przede wszystkim zwracają uwagę. A jeśli i treść będzie interesująca, to postawienie takiej książki na jakimś honorowym miejscu, wyróżnienie jej spośród biblioteczka, to już czysta przyjemność.

Ostatnio często zdarza mi się przeglądać książki po angielsku. Serce mi się wtedy kraje, bo jak porównam zagraniczne okładki z polskimi to głowa boli. Jakby w Ameryce czy Wielkiej Brytanii mieli wyjątkowo utalentowanych grafików. A przecież często i polskie wydawnictwa zachowują oryginalne okładki, choć bywa, że je "ulepszają". Zauważyłam, że u nas panuje minimalizm, jeśli o okładki chodzi, taka prostota, delikatność, za granicą z okładek niemal paruje potęga. Ale wiecie co? Tym razem niesamowicie się cieszę z decyzji wydawnictwa. Okładka oryginalna w gruncie rzeczy zachowana, ale zmieniono kolorystykę na łagodniejszą, bardziej pastelową. I moim zdaniem oddaje to ducha książki, pokazuje, jaka jest ona delikatna, subtelna, podatna na najdrobniejszy ruch wiatru. W tym przypadku jestem dumna, że wydawnictwo tak wyszlifowało oprawę, że nie ma zbędnych napisów, obrazów, rekomendacji. Umiar. Aż się czuje letni wiaterek, który plącze włosy dziewczyny z okładki.

Tak, tyle jeśli chodzi o cudowną okładkę, chciałam oprawę graficzną przedstawić na samym początku, bo jakbym zaczęła się rozwodzić nad treścią z początku, tak wszystko inne by mi umknęło.

Zazwyczaj czytam młodzieżówki, przeważnie, choć coraz częściej sięgam po inne gatunki. Na żadnej książce Wydawnictwa Filia się nie zawiodłam, więc i na ich stronę zaglądam od czasu do czasu. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Kochając pana Danielsa, myślałam, że niespodziewanie umarłam i jestem w niebie. Sama okładka tak bardzo mnie oczarowało, że nie byłam w stanie się ruszyć. Po prostu magia. Już wtedy wiedziałam, że w środku musi się czaić coś tak mocnego, że na samej okładce się to odbija, nie mówię tu tylko o jej wyglądzie, ale też o wrażeniu, jakie sprawie i tym przekazie, który się po prostu czuje w kościach. Żeby się nie przejechać na okładce, bo po tylu książkach, w tym nieudanych, ciężko uśpić moją czujność, przeczytałam kilka razy opis, wyszukałam w polskiej blogosferze wszystkie recenzje na jej temat, wszystkie zagadnienia na forach internetowych, na facebooku. I nie wierzyłam we własne szczęście, że ot pojawiło się na polskim rynku coś tak zniewalającego.

Książka natychmiast znalazła się na szczycie mojej listy must have. Postanowiłam, że kupię ją przy najbliższej okazji, nie ważne, że jeszcze parę recenzenckich przed nią. Macie czasami tak, że instynktownie wiecie, że musicie przeczytać książkę jak najszybciej, że nie możecie z tym zwlekać ani chwili? Właśnie to mnie dopadło przy książce Brittainy C. Cherry. Traf chciał, że skończyłam czytać recenzenckie od Bonito i mogłam złożyć kolejne zamówienie. Chyba wiadomo, co wybrałam?

Nie potrafię wydusić z siebie nic sensownego. Nic, co oddałoby kunszt literacki autorki, czy perfekcję lektury. To jest książka, która wykracza poza system, niepowtarzalna, pełna traumatycznych przeżyć, wypadków, naładowana emocjami, kłębiącymi się pod skórą bohaterów, elektryzującymi osobowościami. Ta niemożność ułożenia tego co mam w głowie, a przede wszystkim w sercu, po przeczytaniu Kochając pana Danielsa doprowadza mnie do istnego szału. I, och, jak strasznie żałuję, że już nigdy nie będę mogła przeczytać książki po raz pierwszy. Bo z pewnością nie raz jeszcze to niej zajrzę, ale wiecie, to już nie będzie to samo rozrywanie serca, co za pierwszym razem.

Cóż mogę powiedzieć? Kochając pana Danielsa to opowieść o zranieniu, bólu, smutku, całej gamie negatywnych emocji, o odrodzeniu, jakie niesie niespodziewana miłość. Mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową. Głównie odbywa się ona z perspektywy Ashlyn, która właśnie straciła siostrę bliźniaczkę, ale jej rozdziały poprzeplatane są też tymi z perspektywy Daniela. Oba punkty widzenia ukazane po mistrzowsku. 19-letnia Ashlyn z przekonaniem, że wyrzekła się jej własna matka przeprowadza się do swojego ojca, który, jak się okazuje, ma nową rodzinę. Ashlyn w jednej sekundzie dowiaduje się, że Henry znalazł sobie nową kobietę, z dwójką dzieci mniej więcej w jej wieku, a w dodatku mieszkają oni razem. Po stracie ukochanej siostry to jeszcze bardziej ją dobija. Jednak zanim Henry (ze względu na tę "ogromną częstotliwość" z jaką pojawiał się w życiu bliźniaczek Ashlyn nie wyobraża sobie, by miała mówić do niego "tato") przyjeżdża po dziewczynę na dworzec kolejowy, spotyka ona Pana Cudne Oczęta. 

Powinnam napisać o nim coś więcej. Chociaż jak przebiegło ich spotkanie, czy co odsłonić przed Wami odrobinę, co się działo dalej, ale po prostu nie mogę odmówić Wam przyjemności, która pojawia się przy każdej stronie poznawania tychże bohaterów, a zwłaszcza, kiedy w danej sytuacji występują oboje. To taka radość, której nie jestem w stanie odebrać. 

Oboje z trudną przeszłością... O nie, nie, nie! Nawet sobie nie myślcie, że wszystko jest tu podkoloryzowane, że aż kipi irytującą dramatycznością. Chyba bym nie była tak zadowolona, gdyby rzeczywiście książka wydawała się sztuczna? Hell no!, pierwsza rzuciłabym nią o ścianę. Możecie mi wierzyć, że wszystko jest tutaj opisane z pasjonującą, po cichu skradającą się do serc czytelników emocjonalnością. Już od pierwszych stron traci się poczucie czasu, jakby się wpadało do ogromnej czarnej dziury. I choć ostatnio miałam okazję czytać kilka naprawdę fajnych i ciekawych książek, to żadna nie dorównała tej, jeśli o uciekające godziny chodzi. 

Błyskawicznie się czyta, powinnam chyba raczej powiedzieć połyka książkę. U mnie to było kilka godzin. I zapamiętam je do końca życia. Jeśli macie zamiar przeczytać książkę w najbliższym czasie, to jedzenie przygotujcie sobie jeszcze przed lekturą, bo jak zaczniecie czytać, to żadna siła nie odciągnie Was od książki do kuchni. Także jeśli koniecznie chcecie coś zjeść, to trzymajcie to blisko siebie.

Książka oprócz tego, że dostarcza tony emocji, to jeszcze prowokuje do myślenia, a to w książkach lubię najbardziej. O tym, jak cenne jest życie, jak los czasami potrafi drwić z człowieka. O pragnieniach serca.

Charaktery bohaterów są tak starannie nakreślone, z taką precyzją, że mam wrażenie, jakby zaraz mieli zapukać do moich drzwi. A Daniel Daniels? Spycha wszystkich świetnych męskich bohaterów w przepaść, wybaczcie. Żadna książka nie przypomina mi Kochając pana Danielsa, a już na pewno nie poziomem! Autorka z wyczuciem opisuje każdą scenę, bryluje pomiędzy wierszami istnie zawodowo.

Jak przedstawia się ogólne wrażenie? Nie przedstawia się, przepraszam, bo było tak silne, że wysadziło mój mózg. Uważajcie z tą książką, proszę Was.

10/10

Za książkę (i zawały) dziękuję księgarni Bonito :)
Księgarnia internetowa Bonito.pl - Radość z czytania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz