6/09/2015

Córka Zjadaczki Grzechów



Tytuł: „Córka Zjadaczki Grzechów
Autor: Melinda Salisbury
Wydawca: Zielona Sowa
Data premiery: 03.06.2015
Ilość stron: 361

Ludzie posiadają różne talenty. Różne "szóste zmysły". Czasami pewne zdarzenia przeczuwają, wiedzą, jaka będzie pogoda następnego dnia, czy będzie słońce na bezchmurnym niebie, czy burza z deszczem. Po snach są w stanie stwierdzić, co ich czeka. Co ich spotka, jeśli swędzi ich prawa bądź lewa ręka, co, kiedy się w coś zaplątają. A moje trybiki w mózgu działają tak, że posiadam coś, co mnie niemal nigdy nie zawodzi. Książkowa intuicja, która objawia się niemożnością skupienia się na lekturach poprzedzających tę książkę, którą podpowiada mi umysł. Intuicja, przez którą czasami wariuję. Ale, po raz kolejny, okazuje się, że dobrze mi podpowiada. Bo to,  t a  książka... Whoa, na coś takiego właśnie czekałam.

Przeczytawszy opis natychmiast stwierdziłam, że muszę książkę przeczytać. I jeszcze wyżej wspomniana intuicja dobijała mnie bez przerwy, bym wymyśliła, kiedy u jak najszybciej mogę książkę otrzymać. Ale opis może mylić czytelnika. Jak sporo osób zainteresowanych książką Melindy, skojarzyłam ją z Dotykiem Julii Tahereh Mafi. Pomyślałam, że nawet jeśli pojawią się podobieństwa, to nic, bo książkę Mafi uwielbiam. 

Twylla cztery żniwa temu dowiedziała się, że wcale nie jest jej przeznaczone w przyszłości przejęcie zajęcia swojej matki, która jest Zjadaczką Grzechów. Jej samej los przyszykował coś innego. Odkryta przez króla i królową, sprowadzona do zamku staje się Daunen Wcieloną, córką reprezentowanych przez władców Bóstw, Naeht i Daega. Daunen Wcielonej nie może nikt dotknąć, poza parą królewską i księciem, jej narzeczonym. Wszyscy inni, którzy doznają kontaktu z jej skórą, zginą w straszliwych torturach. Ponieważ w krwi Twylli płynie śmiercionośna trucizna. 

Specjalnie przytoczę opis, bo jest on bardzo ważny. 

Twylla jest przeznaczona. Bóstwa wybrały ją, by poślubiła księcia i panowała nad królestwem. Ale przychylność Bóstw ma swoją cenę. W jej skórze znajduje się śmiercionośna trucizna. Ten, kto rozgniewa królową musi zginąć, naznaczony śmiercionośnym dotykiem Twylli. Tylko Lief, jej nowy strażnik, potrafi zobaczyć w wybrance Bóstwa zwyczajną dziewczynę, którą naprawdę jest. Jednak na dworze, równie niebezpiecznym jak sama królowa, pewnych rzeczy nie powinno się ujawniać...

Czytanie ze zrozumieniem, czytanie między wierszami jest tu kluczowe. Bo w opisie zawiera się istotna informacja, która mnie osobiście wytrąciła z rytmu podczas czytania, kiedy wyszło to na jaw. 

Niepozornie pozorna, pozornie niepozorna. Córka Zjadaczki Grzechów to istna bomba. Autorka lekkim piórem przeprowadza czytelników poprzez poruszające, brutalne zakątki Lormere, odkrywa przed nimi nurtujące tajemnice, ale zasypuje ich setką kolejnych, nie dając ni chwili wytchnienia.

Twylla jest osobistym katem królowej. Tak jak Bóstwo, które władczyni reprezentuje, królowa jest bezwzględna, żądna absolutnej władzy, surowa. Jeśli nie nakazuje Twylli zabić kolejnego zdrajcę Lormere, urządza polowanie. Ze zmutowanymi psami. W którym zwierzyną jest człowiek. Brrr, aż się ma gęsią skórkę, jak się czyta tę książkę. Dziewczyna nigdy nie miała łatwo. Jedyne, co pielęgnowała jej matka, to rola Zjadaczki Grzechów - po śmierci człowieka przygotowuje się potrawy, z których każda symbolizuje grzech, który popełnił za życia. Tak więc jedzenie, to jedna jedyna rzecz, jaka zajmuje kobietę. Dziećmi nigdy się nie zajmowała, pozostawiając je praktycznie same sobie. Tak więc to właśnie Twylla wychowywała swoją młodszą siostrę. Kiedy chciała się dowiedzieć od matki, kto jest jej ojcem, została spoliczkowana i srodze zrugana. I choć by zapewnić rodzeństwu dostatek Twylla zgodziła się przyjąć rolę Daunen Wcielonej, matka wyraźnie się od niej odcięła, tak, jakby wcale a wcale nie były rodziną. Bo to zła kobieta jest. I manipulatorka straszna. 

Twylla z miejsca stała się jedną z moich ulubionych bohaterek nie tylko w tej książce, ale w całej mojej "karierze" mola książkowego. To, co przeżywała, to jaka mimo wszystko pozostała w środku, zrobiło na mnie spore wrażenie. Poza tym, jej reakcje, uczucia, których początkowo nie była świadoma mnie rozbrajały.

Melinda Salisbury wykreowała ciekawy, pasjonujący świat, gdzie królowa sieje strach i panikę pośród ludzi, gdzie za samo przerwanie zdania można zostać brutalnie zamordowanym. I zrobiła to z niesamowitą dbałością o detale. Zaskakująca, powalająca na kolana, z każdą stroną coraz bardziej wciągająca. To tylko jedne z wielu określeń, jakie można przytoczyć. 

Dawno nie czytałam tak genialnej książki, która zachwyciłaby mnie pod każdym kątem. Bo mamy tu i fantastykę i świetnie poprowadzony wątek miłosny i masę tajemnic, zagadek, legend, które tak potrafią wszystko poplątać, że o ja cię! Obiecuję, że jak tylko zainwestuję w tyle regałów, bym nie musiała układać książek po dwa rzędy, plus poziomo jeszcze na nich, gdy będę układać półkę moich czempionów, w czołówce znajdzie się Melinda Salisbury. Przepraszam i autorkę i Was za tak bezpośredni zwrot do twórczyni bezapelacyjnie przeprzeprzecudownej książki, ale podczas czytania tak rośnie sympatia do Melindy, że ma się ochotę ją wyściskać, poprzytulać, pośmiać się z nią. Poza tym, jak wynika z podziękowań na końcu książki, Melinda jest Potterhead, co z góry czyni ją jeszcze bliższą mi osobą, choć nigdy jej nie spotkałam (JESZCZE).

Wiecie co zyskało u mnie wielkiego plusa? Że nie ma tutaj zbędnego słodzenia, że jest to, co tak w książkach uwielbiam, wspaniały styl pisarki, ujmujący bohaterowie, poruszająca fabuła. Brutalność, cierpienie, i to poprowadzone w poprawny sposób, przez co czytelnik w znacznym stopniu przywiązuje się do książki. 

Pisząc tę recenzję jestem jak w transie. Whoa ponownie, kac książkowy gwarantowany. Kolejny plus Córki Zjadaczki Grzechów - apetyt rośnie w miarę jedzenia. Im bliżej końca byłam tym szybciej chciałam poznać kolejne wypowiedzi bohaterów, odkryć, przynajmniej na tyle, na ile to umożliwiła autorka, prawdę. Książkę skończyłam późną nocą, mimo że nie powinnam, bo miałam masę innych ważnych spraw na głowie. Ale końcówka? Że on? No i ona? I wszyscy inni?! I jeszcze ten epilog! Przychodzi mi do głowy tylko jedno, określenie Anity z Book Reviews, książka ROZPIERNICZA SYSTEM.

Kocham Cię Melindo, błagam, nie każ nam czekać kilkunastu długich miesięcy męczarni, błagam, niech drugi tom pojawi się szybciej. Moje serce tego nie wytrzyma. Mimo niektórych rzeczy popełnionych przez bohaterów i tak mam ochotę najpierw ich wyściskać, wydusić z nich wszystkie soki, potem zatańczyć w kółku, jak szalona, trzymając ich za ręce, a potem jeszcze raz wyściskać. 

Nie ma irytującej bohaterki, jest królowa-bestia, żeby wulgarnie jej nie nazwać, są fantastyczne męskie postacie. Dialogi - idealne. Świat przedstawiony - magiczny. Zero nasuwających się porównań do innych książek, choć opis może na to wskazywać. Błyskawiczne czytanie, magnez w kartkach, który wysnuwa naprzeciw czytelnika swoje macki i uparcie go przytrzymuje. Pierwszoosobowa narracja - strzał w dziesiątkę. Oczekiwanie na premierę - za dłuuuugoooo!

Smutek i żal, według zapowiedzeń autorki kontynuacja pojawi się dopiero przyszłej wiosny. A, możecie mi wierzyć lub nie, nie będzie to łatwe oczekiwanie. Nie po takiej końcówce. Nie z taką autorką.

10/10

Za książkę tak bardzo, bardzo, bardzo dziękuję Wydawnictwu! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz