5/07/2015

Utrata



Tytuł: „Utrata
Autor: Rachel Van Dyken
Wydawca: Feeria
Data premiery: 04.02.2015
Ilość stron: 297


Są książki i parapety... czy jakoś tak. Zapewne każdy z Was spotkał się z książką, która jest po prostu do bani. Być może napotkaliście też taką, wobec której mieliście spore oczekiwania, a która w ostatecznym rozrachunku okazała się klapą. Ale czy chociaż raz udało Wam się, wśród morza durnych i głupiutkich lektur, odnaleźć prawdziwą perełkę? Mam nadzieję, że tak, i to nie raz. Bo wiecie co? Wczoraj zaczęłam czytać Utratę. Dzisiaj skończyłam. I, jak się pewnie domyślacie, absolutnie mogę ją zaliczyć, do tej ostatniej kategorii.

Nie mam pojęcia, dlaczego tak długo zwlekałam z zabraniem się za czytanie tej książki. Dobra, przyznaję się, myślałam, że będzie to schematyczna płytka opowiastka o złym chłopcu i grzecznej dziewczynce, o czymś, co non stop przewija się w tym gatunku. Podejrzewałam, że tytułowa utrata nawiązywać będzie do wielce dramatycznego kryzysu w związku dwójki głównych bohaterów. W życiu bym nie pomyślała, że w moje ręce trafiło coś zupełnie innego.

Kiedy piszę tę recenzję jestem jakieś dwie godziny po rozstaniu się z treścią Utraty, moje ręce niepokojąco trzęsą się na lewo i prawo, tak, że często muszę pisać wyrazy od nowa, bo co chwila wyskakują literówki, przez moje niestabilne dłonie, które nie trafiają w te przyciski co trzeba. Moje serce wciąż jest w kawałkach, a obok piętrzy się stos zużytych chusteczek.

Wdech. Wydech. Przerwa od emocji, czas na trochę suchych faktów. A więc, Kiersten zaczyna swój pierwszy rok studiów. Wujek niemal siłą zmusił ją do normalnej nauki, zabronił jej izolować się od innych, zamykać się w sobie. Dwa lata temu rodzice dziewczyny utonęli, podczas swojej wyprawy do podwodnej jaskini. Od tamtego czasu Kiersten nękają wyrzuty sumienia, koszmary nie dają o sobie zapomnieć, co noc przychodząc, zakłócając sen. Pierwszego dnia w college'u, poszukując opiekunki roku, wpada na właściciela ośmiopaku. Tak, na pewno ośmio-, Kiersten sama policzyła. Osobnik, którego Kiersten pierwotnie wzięła za drzewo, okazuje się osobą, której ona szuka. Wbrew oczekiwaniom trafiła do koedukacyjnego akademika, którego OR jest facetem. Mhmm... wydawać by się mogło, że zapowiada się kolejna przesłodzona, przepełniona tak samo wulgaryzmami, negatywnymi emocjami, jak i tymi wielce pozytywnymi powieść. Wiecie, on jest taki bardzo zły, ale dzięki przypadkowemu poznaniu delikatnej i niewinnej pierwszoroczniaczki postanawia zmienić się o 180 stopni. Bzdura!

Niby od samego początku autorka przyzwyczajała mnie do problemu Wesa, to i tak gula w gardle rosła z każdą sekundą, a łzy zamazywały widok. Czytałam, akceptując brutalną prawdę, nieświadoma tego, co przygotowała Rachel Van Dyken. Jestem jednocześnie zdenerwowana na autorkę, jak i mam ochotę ją wyściskać. Jakim prawem ona tak zabawiła się moim sercem?! Jak może być tak bezwzględna? Kobieto, to boli...

Jestem zachwycona stylem autorki. Nim nic nadzwyczajnego, wszystko dzieje się w zawrotnym tempie, ale mam wrażenie, że właśnie tak powinno być. Nie wyobrażam sobie tego, by fabuła została poprowadzona w inny sposób. Tak jak jestem pewna tego, że słońce powinno świecić za dnia, księżyc w nocy, że od urodzenia byłam uzależniona od zapachu paliw i smarów z garażu, tak pewna jestem tego, że autorka została powołana do zawodu, by właśnie tak napisać Utratę, jak to zrobiła. Bohaterów z marszu polubiłam, zarówno rudowłosą Kiersten, jak i silnego (i nie chodzi mi tutaj o tężyznę fizyczną, choć i tej mu nie brakuje - w końcu jest rozgrywającym!), wspaniałego Wesa. Co mnie najbardziej zaskoczyło? To, że książka jest tak cholernie głęboka. Tak wspaniała, cudowna, realistyczna. Prawdziwa, bezlitosna. Po prostu idealna. Niemal każdą wypowiedź bohaterów można zacytować, i same opisy pełne są dojrzałych przemyśleń. 

Wierzę, że w napisaniu takiego arcydzieła wiele zdziałały motywy Rachel, jej wiara, siła, wytrwałość. A przede wszystkim to, że Utrata wyszła z głębi jej serca, że samo życie podsunęło jej pomysł, było inspiracją. Do ukazania piękna wcale nie potrzeba luźnej narracji, z przekleństwami, z ciągłym wspominaniem, jacy to bohaterowie są wrażliwi, sratatata, żygu, żygu. Utrata poprowadzona jest w narracji pierwszoosobowej, rozdziały z perspektywy Kiersten i Wesa przeplatają się ze sobą. Autorka dała czytelnikom możliwość czytania między wierszami, myśli bohaterów wyrażają więcej, niż konkretne wypowiedzi postaci innych książek. 

Ryczałam przez większość książki, co nie ułatwiało specjalnie czytania. A to nie zdarza mi się często, ostatnio przy książce się rozbeczałam jeszcze w 2014. Mam tu na myśli fontannę łez, załzawionych oczu nie liczę. Jeślibyście podstawili mi do twarzy butelkę, jestem pewna, że sporo byście płynu nałapali. 

Utrata to coś wielkiego. Bez dwóch zdań. Książka pozostawiła mnie w dość kiepskim stanie, paradoksalnie, bo zawiera ona tyle cudownych słów, tyle porad życiowych, że powinnam unosić się nad ziemią, fruwać z radości. Autorka ukazała naturalną sprawę, coś, co spotyka każdego człowieka w sposób, który całą mną wstrząsnął. Absolutnie. Coś fenomenalnego, tym bardziej jestem zachwycona, bo wiem, że to nie tylko wymysł autorki, ale i sama rzeczywistość, która notabene sprawia, że o wiele bardziej zaczynam doceniać życie.

Niech się chowają Colleen Hoover i K.A.Tucker, kiedy na horyzoncie pojawia się Rachel Van Dyken -  a zerkając na recenzje książek pierwszych dwóch pań możecie zobaczyć jaka byłam zachwycona ich twórczością. Rachel po prostu, zacytuję tu Anitę z Book Rewievs, bo inaczej się nie da, rozpiernicza system. Żadne Hopeless, czy Gwiazd naszych wina do stóp nie sięga Utracie. Cieszę się, że już wkrótce będę mogła zapoznać się z kolejną książką Rachel Van Dyken, choć szkoda, że nie będzie kontynuacją Utraty (z mniej lub bardziej oczywistych powodów).

Jeśli jeszcze się nie zorientowaliście, że pokochałam książkę, to teraz już wiecie. Co prawda z początku oprawa książki budziła wątpliwości, że taka cienka okładka niczym z gazety, papier też delikatny... A czytając idealnie wpasowuje się w dłonie. Wnętrze, wygląd zewnętrzny, wszystko to dla mnie cud, miód, bo w stu procentach trzyma się kupy. Naprawdę gorąco wszystkim polecam książkę, jeśli moje błaganie sprawi, że ją przeczytacie, to mogę i rzucić się na kolana. Zaprawdę powiadam Wam, to jest książkowa perełka, jakiej szukacie.

10/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz