4/12/2015

Biorąc oddech


Tytuł: „Biorąc oddech” 
Autor: Rebecca Donovan
Wydawca: Feeria
Data premiery: 08.04.2015 
Ilość stron: 481

Są serie, od których, choćbyśmy nie wiadomo jak mocno próbowali, nie jesteśmy w stanie się uwolnić. Które trzymają w swoich szponach, nie pozwalając odejść, dopóki nie doczyta się ich do końca. Dopóki nie pozna się wszystkich tajemnic, które skrywają z zewnątrz delikatne i niewinne opakowania. Okrutnych tajemnic, które szarpią psychikę i dręczą serce. Ale nawet jeśli pilnie nam spieszno do zajęć, obowiązków, po zahaczeniu o taką właśnie serię, i one muszą poczekać. Bo to nie są zwykłe książki, które można odłożyć, a wrócić do nich wieczorem, kiedy ma się wszystko już z głowy. Te książki bezwzględnie stawiają siebie na pierwszym miejscu,, szydząc z ważnych spraw. Dla nich one nie istnieją.


Ledwie parę miesięcy temu otworzyłam Powód by oddychać na pierwszej stronie. Wrzesień zeszłego roku, po raz pierwszy spotkałam się z Emmą Thomas. I Evanem, jak mogłabym go pominąć. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z tego typu książką. To znaczy, oczywiście miałam do czynienia z samym gatunkiem young adult, ale nie z tak brutalną i realną jego wersją. Szoku doznała nie tyle moja książkowa sfera, ale i sama psychika jako człowieka, nie tylko jako mola książkowego.

Teraz, kiedy minęło nieco ponad pół roku mogłam poznać zakończenie tej historii. Nie ma co, wydawnictwo dopilnowało, by czytelnicy, którzy zakochali się w pierwszym tomie nie cierpieli, czekając na odwlekane wydanie kontynuacji. Sama zaliczam się do tego grona. I choć niespełna tydzień temu otrzymałam swój egzemplarz, to chorobliwie się go bałam. Bałam się tego, co skrywa i tego, że to już koniec, że więcej nie będzie. Opór nie trwał długo, czym prędzej porzuciłam dotychczasową lekturę, zgarnęłam Biorąc oddech i usiadłam na łóżku na chwilę, podkulając nogi, by przeczytać tylko fragment. Wstałam z zesztywniałymi mięśniami w nocy, kiedy w domu panowała już cisza. 

Akcja finałowego tomu Rebecci Donovan toczy się dwa lata po ucieczce Emmy z miejsca wypadku. Dwa lata, wydające się dla bohaterów wiecznością, minęły od porzucenia przez Emmę Evana, od pozornego zamknięcia mrocznego rozdziału w jej życiu. Tymczasem im bardziej dziewczyna stara się uciec od przeszłości, tym w ciemniejszej otchłani się pogrąża. Emma sama do końca nie jest świadoma swoich czynów, zgasła w niej ta iskierka, która zmuszała ją do działania, która popychała ją do spełniania marzeń, pragnień. Jakby wyparowało z niej życie, pozostawiając samą skorupę. 

Emma nie stroni od imprez, alkoholu, pod pewnym względem zaczyna przypominać osobę, do której tak bardzo nie chce się upodabniać, osobę, którą ona szczerze kocha, choć tamta jej nienawidzi. Na szczęście Emma natrafiła na dobre przyjaciółki, które o nią dbają, każda na swój sposób, które się o nią troszczą i jej pomagają. Nawet Sara jest przy niej, choć z początku, po tym co Emma zrobiła Evanowi, nie odzywała się do niej ani słowem. Ale choćby dziewczyny nie wiadomo jak bardzo się starały, choćby na nie wiadomo jak dobrych facetów Emma trafiała, na świecie jest tylko jedna osoba, która całkowicie ją rozumie, która zna ją tak dobrze, jak nikt inny. Dramatyczne okoliczności doprowadzają do spotkania.

Dawno się tak nie bałam przed podjęciem czytania. Obawiałam się, że po tych cudownych dwóch tomach, finał będzie okropnie słaby i nudny, czego już nie raz, nie dwa, niestety, doświadczyłam. A tu było tak... niesamowicie. Wciągnęłam się. Nie, właściwie to wpadłam w sidła. Niczym malutki i nieszkodliwy owad w paszczę tej okropne rośliny. Wiecie, co mam na myśli. Autorka, posługując się słowami o potężnej mocy, pogryzła mnie, zmiażdżyła, udusiła, a kiedy już nie było ze mnie pożytku, kiedy nacieszyła się moim bólem, wypluła mnie. 

Hej, to że zdarza mi się dość często rzucić jakieś bezduszne i okropne choć szczere uwagi nie znaczy, że nie mam uczuć. Oglądanie [w wyobraźni] bólu bohaterów, do których zdążyłam się przyzwyczaić, i mnie samej sprawia przykrość. Ach, dlaczego życie pokarało mnie taką empatią? Teraz przy każdej lepszej okazji wszystko poddaję pod psychologiczne rozważania. 

Rebecca Donovan w iście niewinny sposób prowadzi czytelników przez ostatnie setki stron trylogii. Z taką delikatnością, z czułością, jakby przy najmniejszym powiewie emocji czytelnicy mieli się rozpaść, niczym porcelanowy słonik. Nie znaczy to, że brakowało wrażeń, co to to nie! Ale autorka ujęła to wszystko w tak niewiarygodnie łagodny, a zarazem bezlitosny sposób. Nie da się nie pomyśleć przy tym o małej, słodkiej dziewczynce, która chowa za plecami naostrzoną siekierę. 

Książka wspanialsza i napisana z większą starannością niż jej poprzedniczki, jeśli to w ogóle możliwe. Bohaterowie są bardziej dojrzali, w końcu minęły dwa lata, coś się w nich zmieniło, ale i pozostały gdzieś w środku ich serc nastoletnie dusze. To już nie jest błaha historyjka miłosna, ale życiowa i dorosła opowieść o trudnych wyborach, demonach przeszłości i obawie o przyszłość. 

Obawiałam się tego, jak potoczą się losy moich ulubieńców. Ale i tu się na autorce nie zawiodłam. Choć bez ucisku w serduchu się nie obyło, to ostatecznie byłam bardzo, bardzo, bardzo zadowolona z rozwoju sytuacji. 

Rebecca jest jedną z pisarek, które na tyle zaskarbiły sobie swoim dziełem moją sympatię, że mogą liczyć na przeczytanie przeze mnie każdej kolejnej książki, która wyjdzie spod jej pióra. Bo takiej kobiecie aż chce się poświęcić te kilka godzin. I mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie, bo już w czerwcu w Polsce ukaże się kolejna książka Donovan. Póki co wszystkich zachęcam, by popędzili do księgarń i kupili, przeczytali trylogię Oddechy. Ani sekundy spędzonej przy niej nie uznacie za zmarnowaną.

(Ps. No i książka pod patronatem My Books My Life, a do byle czego się nie garnę!)

10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz