12/13/2014

Love, Rosie



Tytuł: „Love, Rosie” 

Autor: Cecelia Ahern

Wydawca: Akurat

Data premiery: 03.12.2014

Ilość stron: 511


Jeśli istnieje jeszcze ktoś, kto twierdzi, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje, to po przeczytaniu tej recenzji z całą pewnością zmieni zdanie. A przynajmniej na 99,99%, bo opierając się na wrażeniach, przeżyciach z lektury, wykreowanych przez autorkę postaciach, już wiem, że w życiu niczego nie można być pewnym!

Rosie Dunne i Alex Stewart to najlepsi przyjaciele od piątego roku życia. Już wtedy zaczęła kwitnąć więź, która w przyszłości miała być źródłem siły, nadziei dla obojga. Nie żeby nie próbowali odnaleźć przyjaciół pośród osobników tej samej płci... A przynajmniej nie Rosie - Alex owszem. Pięć lat później chłopiec wyprawiał przyjęcie urodzinowe, na które, o dziwo, nie zaprosił stałej bywalczyni, czyli swojej najlepszej przyjaciółki, Rosie. A wszystko to przez jego ówczesnych kolegów, którzy nabijali się z niego, bo zadawał się z dziewczyną. Jeszcze niedoświadczony życiem, posłuchał swoich rówieśników, zrobił tylko i wyłącznie ,,męską" ,,imprezę" (czego miał później dłuuugo żałować). Po zabawno-poważnych spięciach Alex powrócił na dawną drogę. I podążał nią aż do dnia, w którym dowiedział się, że przeprowadza się do Stanów, ze względu na lepszą pracę ojca. Przyjaciele nie traktowali tego jako końca ich znajomości (na szczęście), oboje byli pewni, że Rosie dołączy niedługo do Alexa, rozpocznie studia w Bostonie. Sprawy jednak przybrały znacznie inny kierunek, kierunek, którego nikt się nie spodziewał.


Mam to szczęście, że posiadam wspaniałych przyjaciół, podczas czytania potrafiłam więc niejako odnieść pewne sytuacje do własnego życia, dzięki czemu lepiej mogłam zrozumieć bohaterów. Rosie i Alex są niezbitym dowodem na to, że dla przyjaźni nie istnieją ograniczenia takie jak płeć, wiek, odległość, ,,mili ludzie". Ba!, przyjaźń nie zna czegoś takiego jak ,,ograniczenie". Przyjaźń dziecięca przerodziła się u nich w nastoletnią, która po latach zamieniła się w trwałą, dorosłą więź. Zazwyczaj stronię od książek, których wątek główny równa się wątkowi romantycznemu. Niestety (a może i stety?) pojawił się jakiś okropny chochlik i zaczął mi szeptać do ucha o promowanej ostatnimi tygodniami książce, której zresztą nadchodzi kinowa ekranizacja. Takie chochliki zdarzają się w moim życiu dosyć często, staram się je ignorować (bo z doświadczenia wiem, że nie zawsze to co szepczą jest prawdą), tym razem, jak widać, nie udało się. Najpierw pooglądałam zwiastun filmu. Lily i Sam, poważnie, lepszych aktorów nie udało się wybrać?! <sarkazm> Tak nastąpił kolejny krok w stronę ,,Love, Rosie".

Czułam się jakby sam los podstawiał mi pod nos tabliczkę z napisem ,,no przeczytaj to wreszcie!". Wszędzie, dosłownie WSZĘDZIE widziałam tę książkę, gdziekolwiek się nie obejrzałam. Na wystawie malutkiej księgarni, którą mijałam po drodze do szkoły, na liście wyczekiwanych przez blogerów zimowych zapowiedzi, pośród gorących premier miesiąca, jako proponowane prezenty... W-S-Z-Ę-D-Z-I-E! I wiecie co? Zaraz Wam powiem!

I tu jest problem. Bo ja właściwie nie mam zielonego pojęcia jak mam ubrać w słowa emocje, które przeżyłam podczas czytania ,,Love, Rosie". Pierwszy raz od dawna nie miałam ochoty przeskoczyć kilkunastu rozdziałów. Pierwszy raz od dawna nie trzęsły mi się tak dłonie, w których trzymałam książkę. Pierwszy raz od dawna miałam drgawki, łzy w oczach i czkawkę ze wzruszenia. Pierwszy raz w życiu nie miałam odruchu (naturalnego) złapania bohaterów za głowy i uderzenia nimi o ścianę, bo autorka tak idealnie przedstawiała ich emocje, pobudki, które nimi kierowały, że po prostu nie byłam w stanie się na nich złościć. 

Książka została pozbawiona opisów. A może inaczej, wszystkiego dowiadujemy się z mejli, listów, czy internetowych czatów, jak mniemam. Doceniam 99% zabiegów stosowanych przez pisarzy, które wyróżniają lekturę spośród innych. Cecelia jest u mnie w czołówce. Powieść w formie, można rzec, dialogów, nadaje całości idealny klimat, całkowicie pozbawia czytelnika uprzedzeń. 

Chcę wszystkich przeprosić, bo naprawdę nie jestem w stanie wszystkich swoich uczuć przelać na tę recenzję. Tak wielkich emocji nie sposób wyrazić poprzez słowa. Postaram się przynajmniej odrobinę za ich pomocą pokazać Wam jak się teraz czuję. 

Wyobraźcie sobie ogromne, ale delikatne ręce unoszące Was ku niebu. Czujecie lekki strach, ale też ciekawość, fascynację. Ale przede wszystkim nie możecie pozbyć się wdzięczności, która jakby stała się kolejną komorą, przyczepioną do Waszego serca.

Jestem tak niesamowicie, niewyobrażalnie poruszona, w ogóle nie wiem co się ze mną dzieje! Ale ta książka jest taka prawdziwa, taka brutalna na swój sposób, ale także piękna. Przepiękna.

,,Love, Rosie" opowiada o największej życiowej potędze. O przyjaźni. Na dodatek Cecelia ukrywa między wierszami tak cudowne sentencje, że gdybym miała je pozakreślać kolorowym pisakiem, całe wnętrze lektury byłoby popisane.

,,Teraz już wiem na pewno, że tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."

Zakończenia nie dało się przewidzieć. Tylu spraw nie udało się przewidzieć. I tylu spraw bohaterowie sami nie zauważyli...

Urocza, zachwycająca, wzruszająca książka dla każdego, kto nie szuka byle jakiej opowieści o prawdziwej miłości. Tyle się nauczyłam dzięki tej książce... 

Trzeba przyznać, że nie da się o niej zapomnieć. ,,Love, Rosie" nie należy do grona tych książek, których fabułę zapomina się po miesiącu, co to to nie! Pomimo tego, że książka głęboko zapada i w pamięć i w serce, czytelnik ma potrzebę ciągłego powracania do niej, zagłębienia się ponownie w jej stronice.

Kocham. Kocham, kocham, kocham tę książkę, jej autorkę, i uroczyście przysięgam, iż postaram się nigdy nie uciekać przed szczęściem, nie bać się go!

10/10

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz