12/08/2014

Endgame. Wezwanie



Tytuł: „Endgame. Wezwanie” 

Autor: James Frey, Nils Jonhson-Shelton

Wydawca: SQN

Data premiery: 08.10.2014

Ilość stron: 496


Mieszanka postapokaliptycznej powieści z interaktywną grą, w której fikcja miesza się z rzeczywistością. Bo czy kiedykolwiek spotkaliście się z wymyśloną postacią, która ma własne konto na portalu społecznościowym? I nie mam tu na myśli kont założonych przez dwunastoletni fanklub. Nie? To już macie pierwszy powód, dla którego powinniście sprezentować sobie ,,Endgame".


Ileż to już razy słyszało się o ludziach, którzy przepowiadali nam apokalipsę? Ileż to już końców świata przeżyliśmy, ile ich przeżyłam ja, niespełna siedemnastoletnia blogerka? Biorąc pod uwagę te, o których pamiętam, zaczynam myśleć, że jestem nieśmiertelna. 

Jestem takim typem człowieka, który bardzo spokojnie podchodzi do tematu śmierci, tym bardziej, że w moim przypadku wiele odgrywa moja religia i śmierć w moim mniemaniu wcale nie oznacza końca. Właściwie już oznaczyłam ją jako ,,znajomą", czasami z nią rozmawiam (nie, wcale nie mam prób samobójczych, po prostu wiem, że gdzieś tam sobie jest i mówię do niej, że nie chcę takiej czy takiej śmierci), kiedyś miałam w planach zamówić sobie koszulkę z napisem ,,Wszyscy zginiemy", ale jakoś w końcu o tym zapomniałam, a jak pamiętałam, to nie było mojego rozmiaru. Ale nie w tym rzecz.

W końcu nadeszło to, o czym mówiło się od zarania dziejów: apokalipsa (da da da daaam), (badum tsss). W Ziemię uderzyły wielkie meteoryty (w tym jeden w Warszawę!), tylko nieliczni wiedzą co po nich nastąpi. 

,,Endgame" należy do grona tych książek, na które miałam wielką ochotę przy okazji premiery, ale strasznie ciężko było mi się za nie zabrać. Co jest dla mnie trochę smutne, bo oprawa zachęca jak rzadko która, a świadomość, że akcja wychodzi poza okładkę, że staje się częścią rzeczywistości (tak, chyba nie wspomniałam, że do wygrania są grube miliony?), wprowadza książkę w zupełnie inny wymiar. Taka świeżość na rynku.

Dużo się dzieje, oj bardzo dużo. Poznajemy perspektywy więcej niż jednej osoby, nie to co w przypadku większości powieści. Czy częściej doznaje się szoku, zaskoczenia, a może łatwo przewidzieć, co się wydarzy? Ciężko powiedzieć. Ale wydaje mi się, że przeważa jednak to pierwsze.  

Must have nie okazał się takim hitem, jakim myślałam, że będzie, ale mimo wszystko, wprowadził do mojej biblioteczki coś niepowtarzalnego i choćby ze względu na tę unikalność powinno się książkę przeczytać.

Jako, że wpada ona w te moje ulubione klimaty, z apokalipsą w mniejszej czy większej roli, miło ją będę wspominać. Ale te 3 000 000 dolarów odpuszczę (choć gdyby zwycięzca zechciał mi sprezentować moją wymarzoną biblioteczkę, to nie będę narzekać). ;)

8/10


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz